Bez odwagi nie będzie podmiotowości

Grecki wiceminister finansów Mardas powiedział niedawno, że „Niemcy są winne Grecji blisko 279 mld euro w ramach reparacji za szkody wyrządzone przez III Rzeszę”. Nie pierwszy raz w ramach przeciągania liny między zadłużoną Helladą a wierzycielami, ze znaczącym udziałem banków niemieckich, powróciła kwestia odszkodowań z tytułu „nadaktywności poszukiwaczy przestrzeni życiowej” z lat 1938-1945.

W sierpniu 1945 roku na konferencji poczdamskiej uregulowana została przez trzy mocarstwa – Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Związek Radziecki – kwestia odszkodowań wojennych. Wszystkie one miały otrzymać odszkodowania od powojennych Niemiec, będących prawnym sukcesorem III Rzeszy. W dokumencie mowa była też o Polsce, której miało przypaść 15 proc. z puli dla Sowietów. Szczegóły miał zostać ustalone w gronie Ministrów Spraw Zagranicznych wymienionych już państw oraz Francji. Zimna wojna sprawiła, że różnice między wolnym a zniewolonym światem w kwestii odszkodowań niemieckich nie doprowadziły do zmaterializowania postanowień poczdamskich. O dziwo sojusznicy nazistowskich Niemiec, w tym Włochy, Węgry, czy Rumunia z nałożonych na nie kwot odszkodowawczych zdołały rozliczyć się względem swoich agresorów – ZSRR, Czechosłowacji, czy Jugosławii. A Polska? W 1953 roku ówczesny stalinowski Premier Bolesław Bierut poinformował na piśmie swojego towarzysza-odpowiednika z sojuszniczej NRD o woli zrzeczenia się przez Polskę odszkodowań. Do dziś trwa spór czy ta „wyrywność” Bieruta była zgodna z prawem. Kilka miesięcy temu, na łamach jednego z tygodników, szczegółowo analizujący omawianą problematykę dr Kostrzewa-Zorbas dowodził, że bierutowskie pisemko nie rodziło skutków prawnych w relacjach międzynarodowych, ponieważ nie trafiło do komórki prawnej ONZ.

Przed 1989 rokiem PRL-owskie władze nie wracały do sprawy niewypłaconych odszkodowań przez ówczesną Republikę Federalna Niemiec. Milczał komunista, podobno z odcieniem narodowym i antyniemieckim, Władysław Gomułka. Tak jak jego następca, w zamian za kredyty, także w „lepszych” markach, potrzebne na budowę dziesiątej potęgi świata. Nie wyrwał się przed szereg wierny Moskwie gen. Jaruzelski. A po tzw. „przemianach”? O zwrocie nie mogło być mowy. Wszak grające pierwsze skrzypce środowiska centrowo-liberalne takie jak Unia Demokratyczna, a szczególnie pozostający na krótkiej smyczy Berlina Kongres Liberalno-Demokratyczny, mówiły wprost, że droga Polski do Europy wiedzie przez Berlin. A skoro tak, to przecież nie można drażnić największego europejskiego sojusznika. Należnych nam odszkodowań od Niemiec nie podjęła żadna z liczących się partii prawicowych, w tym ZCHN i PC, a potem AWS. Dopiero wobec coraz bardziej bezczelnej polityce historycznej Niemiec, czego symbolem stała się nowa diva polityki nad Sprewą Erika Steinbach, sprawę niemieckich win i zadośćuczynienia podjął dekadę wstecz ówczesny Prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Wieloletni nadzór oficerów wywiadu BND nad wysokiej rangi funkcjonariuszami administracji rządowej nad Wisłą osłabł po 2005 roku. Ale także wtedy werbalne na dystans wobec głównego budowniczego IV Rzeszy – ani PiS, ani LPR, ani Samoobrona nie zdecydowały się na zresetowanie bierutowskiej samowolki. A po przyspieszonych wyborach w 2007 roku i zwycięstwie PO temat tym bardziej musiał być potraktowany jako nieodwołalne passe.

Co w omawianym zagadnieniu ma do powiedzenia szykująca się do przejęcia władzy centroprawica wokół PiS? A jeszcze inaczej. Co zamierza zrobić, korzystając z „greckiej śmiałości”, by w imię sprawiedliwości za bestialstwo Niemców podczas II wojny światowej, czego w sposób szczególny doświadczyliśmy my Polacy, wystawić Berlinowi rachunek. I nie chodzi tu bynajmniej od razu o szacowane na 800 mld euro bez odsetek, odszkodowanie. Ale po to, by partner po drugiej stronie Odry miał świadomość, że polskie władze mają w ręku skuteczną broń, będącą straszakiem na głód dominacji nad słowiańszczyzną naszych zachodnich sąsiadów. Jak bumerang będzie przecież wracała sprawa utraconego przez przesiedleńców po 1945 roku mienia na ziemiach, które weszły w skład państwa polskiego po II wojnie światowej? Rozmawiać z Berlinem? Owszem wysyłając sygnał, że możemy się podliczyć, ale to saldo niemieckie będzie „na minus”. Chcecie? Jesteśmy otwarci w imię dobrych relacji polsko-niemieckich dla nas, naszych dzieci i naszych wnuków. Kryzys strefy euro, kryzys Unii Europejskiej, jakże widoczny a przed to obecny w codziennych serwisach informacyjnych sprawia, że w nadchodzących latach Niemcy – budowniczowie, hegemoni i główni beneficjenci zjednoczonej Europy – przyjmą pozycję mniej ekspansjonistyczną. Przywracając porządek w Grecji i szerzej na południu naszego kontynentu, A jednocześnie wyczekując czy oprócz „twardzieli z Aten” nie pojawią się inne kraje, które podliczą niemiecką „aktywność” na swoich terytoriach z niedoszłym malarzem w roli głównej. Jednym z kandydatów jest niezłamana Serbia. Ale dopóki pozostaje po za organizmem unijnym, a zwłaszcza eurozoną – jej ewentualne napinanie muskułów na niewiele może się zdać. Roszczeniowy efekt domina teraz? To bardzo mało prawdopodobne. Odkreślenie grubą kreską przeszłości w relacjach z Niemcami? Kontynuacja swoistego serwilizmu Warszawy względem Berlina w ostatnim ćwierćwieczu? Niedopuszczalne. Czy tak będzie od późnej jesieni?

„WG”, lipiec 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *