Bezruch Palikota

Trzy lata temu przekonał do „nowej jakości” co dziesiątego wyborcę. Chciał być głównym rozgrywającym na lewo od Platformy Obywatelskiej. Od tygodnia, po wielkim exodusie towarzyszy z klubu parlamentarnego Twojego Ruchu, jest politycznym golasem . Gdyby nie przeflancowanie na socliberalną, antykleryklaną lewicę, dziś Janusz Palikot byłby znaczącym liderem prawej strony PO. Kto wie, czy przy potuskowym resecie i nowym rozdaniu premier Ewy Kopacz, którego właśnie jesteśmy świadkami, nie dosytałby jakiejś ministerialnej teki. Ale polityczna kariera filozofa z Biłgoraja potoczyła się inaczej. Najpierw było gwałtowne porzucenie konserwatywnego świata prostych wartości, happeningi ze sztucznymi penisami i „małpkami”, dające szybki awans na czołową postać wiodących autorytetów popkulturowej III RP. Tych, których każde słowo i gest znajduje momentalnie nagłośnienie i pozytywne recenzje w mediach głównego nurtu. Stąd łatwość sprzedażowa nowego produktu pod nazwą Ruch Palikota, po uprzednim kontrolowanym rozejściu się skandalisty z macierzystą PO.

Okrzyknięta mianem „nowej jakości” w polityce palikociarnia, wykonała powierzone jej zadanie zagospodarowując sporą część niezadowolonych. Tych, którzy mogli trafić do KNP Korwina-Mikke, czy innego start-upa PJN i zaburzyć arytmetykę na Wiejskiej. A tak co dziesiąty głos, bezpiecznie dla ciągłości pookrągłostołowej Polski, powędrował do udającej opozycję „nowej” formacji. Ale nagły sukces jest niebezpieczny. Potrafi namieszać w głowie, co udowodnił w kolejnych miesiącach Janusz Palikot. Roztaczane przez niego wizje szybkiego awansu jego formacji do politycznej ekstraklasy, na gruzach natolińczyków z SLD Leszka Millera, zostały boleśnie zweryfikowane przez rzeczywistość. Nadymani puławianie, z eksponowanym mocno profesorem Hartmanem, przy wsparciu „Filipińczyka” Kwaśniewskiego, stoczyli bój – bój dla nich ostatni. W czerwcowych eurowyborach najbardziej europejscy z europejskich, postępowi z postępowych, lewaccy z lewackich, zostali od Polaków – bez żadnego znieczulenia – sprowadzeni do parteru. W zapowiedzi samego Palikota o wyciągnięciu konsekwencji z porażki i nowym otwarciu mogli wierzyć już tylko najbardziej naiwni jego towarzysze. Stąd kolejne ubytki z klubu na Wiejskiej.

W kwietniu 2012 roku, czyli w okresie największego szczytowania, Ruch Palikota przemianowany w międzyczasie na Twój Ruch liczył 43 posłów. A po tegorocznych wyborach do PE reprezentacja sejmowa stopniała do raptem 31 parlamentarzystów. Prawdziwe czarne chmury nadciągnęły kilka dni temu, kiedy – jak doniosły media – po całonocnej popijawie 16 dotychczasowych kompanów biłgorajskiego filozofa, postanowiło powiedzieć – w zrozumiałym dla niego języku – „spadaj”. Oficjalnie poszło o … kasę. A mówiąc precyzyjnie o nieporozumienia co do rozliczeń finansowych, subwencjonowanej z budżetu w kwocie kilku milionów złotych rocznie, partii. A także o quasi dyktatorskie zarządzanie Ruchem przez jego lidera. No dobrze – a mówiąc poważnie? Dębskiemu, Ryfińskiemu i spółce poszło o brak jakiejkolwiek nadziei na wygrzebanie się z sondażowego dołka. Bo palikociarnia, lekko porzucona przez dotychczasowych medialnych pomagierów, stopniała w najnowszych słupkach poparcia do, oczekiwanego od dawna przez większość Polaków, przedziału od 0 do 2 proc. Cios poniżej pasa, zadany Palikotowi przez kompanów ma miejsce w przededniu intensywnej kampanii samorządowej. Dotychczasowe, zwykle słabe struktury, nie gwarantowały przyzwoitego wyniku do sejmików, czy rad powiatowych.

Przy obserwowanym gwałtownym rozejściu się palikociarni, szykuje się więc „piękna katastrofa”. Wszelkie miny i bajdurzenie Palikota o resecie i przejściu do ofensywy można sobie włożyć między bajki. To bezpowrotny koniec Twojego Ruchu. Ale zarazem pustka w elektoracie, który sytuuje się na lewo od Platformy Obywatelskiej. Zadowolenie liderów centroprawicy, że Palikot kończy marnie, jest potwierdzeniem ich bardzo emocjonalnego i płytkiego oglądu sytuacji politycznej. Bowiem pozostaje problem polegający na tym, że część z dotychczasowego elektoratu Twojego Ruchu będzie miało alternatywę w postaci SLD lub przesuwającej się na lewo (vide zmiany w Ministerstwie Sprawiedliwości) PO. Ten jeden, czy dwa punkty procentowe więcej dla partii Leszka Millera, czy Ewy Kopacz, to oddalająca się perspektywa przejęcia władzy przez centroprawicę jesienią 2015 roku. Tak mówi arytmetyka, która nie jest najmocniejszą stroną polityków deklarujących poglądy na prawo od centrum. Jedna kolejka za koniec „epoki Palikota” jest jak najbardziej wskazana. Ale jeszcze bardziej trzeźwy umysł startegów i doradców z Nowogrodzkiej, by te 1-2 pkt. proc, więcej po tamtej stronie barykady zrównoważyć, co najmniej taką samą wartością, po centroprawicowej.

„WG”, październik 2014

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *