Blisko coraz bliżej

Jeszcze dwa miesiące temu liderzy centroprawicy musieli łasić się do debiutanta w polityce Pawła Kukiza. To on i jego drużyna mieli być wsparciem dla nowego rządu po październikowych wyborach. Tymczasem inicjatywa muzyka znajduje się nad przepaścią i nie wiadomo czy dotrwa do wyborów. Za to koalicja wokół PiS doszło do sondażowego poziomu, który za dwa miesiące dawałby jej bezwzględną większość.

Na początku maja Bronisław Komorowski był o krok od wygranej w pierwszej turze. Równolegle do sondaży prezydenckich te parlamentarne dawały Platformie Obywatelskiej szansę na trzecie pod rząd zwycięstwo w rywalizacji o pakiet kontrolny na Wiejskiej. Tymczasem nadeszło polityczne tsunami, które zdmuchnęło perspektywę kolejnych pięciu lat ciepełka dla Bronisława Komorowskiego w Belwederze. Zwycięstwo Andrzeja Dudy pociągnęło za sobą gwałtowne zmiany w preferencjach parlamentarnych Polaków. Do tego stopnia, że w czerwcu PiS i jego sojusznicy mieli ponad 10 punktową przewagę nad wyraźnie poobijaną PO. Ale nie dawało to w żadnej mierze gwarancji na samodzielne rządy centroprawicy. Powodem była silna pozycja największego zwycięzcy pierwszej tury prezydenckiej rywalizacji Pawła Kukiza. Bez niego jeszcze dwa miesiące temu budowanie czegokolwiek trwałego w nowym Sejmie zdawało się niemożliwe. Stąd deliktane zaloty do muzyka a debiutanta w polityce, które oglądaliśmy ze strony polityków PiS czy Polski Razem. Zwłaszcza, że arytmetyka wskazywała na coś, co powodowało drgawki u pomagdalenkowej elity. A mianowicie większość konstytucyjną. Pod koniec sierpnia, a więc na dwa miesiące przed wyborami z tego co opisuję pozostał tylko jeden trwały element. Jest nim wyraźne prowadzenie centroprawicy w sondażach. Duża część tego co oddał Kukiz przeszła do PiS i koalicjantów. Jeśli uwzględnić najnowsze sondaże, te wykonane po 15 sierpnia to wśród zdecydowanych wyborców centroprawica może liczyć na 42 proc. To przekłada się na 256 mandatów. I daje możliwość samodzielnego sprawowania władzy. Bez oglądania się na partnerów koalicyjnych. Tym samym po raz pierwszy od 1991 roku, a więc wolnych wyborów w postPRL-owskiej rzeczywistości, zwycięzca wziąłby pełnię władzy. By jednak taki scenariusz się ziścił potrzebne jest kilka elementów. Po stronie samej centroprawicy utrzymanie tego co jest, bo o dalszą ekspansję już nie będzie tak łatwo. Programowy pragmatyzm z otwarciem na elektorat centrowy przy niezapominaniu, że na prawo od PiS, Solidarnej Polski, Polski Razem i Prawicy Rzeczypospolitej jest, co prawda podzielona, acz mogąca się zebrać i uczknąć swoje konkurencja. W interesie centroprawicy jest także to, żeby trwała rywalizacja o głosy w centrum i na lewicy. By Platforma musiała skakakać do gardeł Zjednocznej Lewicy i Nowoczesnej Ryszarda Petru. Przy obecnych 25 proc. dla PO dawałoby to partii Premier Ewy Kopacz 134 mandaty a dla Zjednoczonej Lewicy 45 mandatów. I to przy założeniu, że lewica przekroczy ośmioprocentowy próg wyborczy, co wcale nie jest takie pewne. Wbrew przepowiedniom hinduskiego szamana, przyjaciela Palikota. Lewica poza Sejmem to dodatkowe kilkanaście, a może nawet dwadzieścia kilka mandatów dla centroprawicy. Jeszcze do dziesięciu mandatów więcej byłoby możliwe gdyby progu nie przekroczyła wspomniana już Nowoczesna. Na dziś przy 5 proc. miałaby ich 6. A także PSL, który nieznacznie przekraczając próg miałoby 14 posłów, Kukiz zaś tylko z 4 szablami. W sumie to mogłoby poszerzyć reprezentację centroprawicy o kolejne 10-15 miejsc. Reszta z niebiorących przypadłaby PO. Ale w najbardziej optymistycznym wariancie wejścia na Wiejską tylko dwóch największych partii zwycięska centroprawica ocierałaby się o większość konstytucyjną, czyli dokonałaby tego, co udało się Fideszowi Orbana na Węgrzech. Jednak by zachować zdrowy rozsądek trzeba od razu dopowiedzieć, że prawdopodobieństwo tak „cukierkowego scenariusza” jest na ten moment bardzo niewielkie. I wbrew temu co mówi się „na mieście” wcale nie musiałyby dopomóc koalicji Jarosława Kaczyńskiego najmocniejsze z czekających na emisję taśmy na obecnie rządzących. Trzeba też by wyborcy centroprawicy wiedzieli o drugim biegunie skrajnych rozwiązań w powyborczej układance na Wiejskiej. A mianowicie o sytuacji w której koalicja wokół PiS straci kilka punktów procentowych, a zyska PO, Zjednoczona Lewica, PSL i Nowoczesna. Wtedy suma mandatów czterech wymienionych podmiotów może być bardzo zbliżona do tego czym dysponować będzie centroprawica. Wygrać i nie rządzić? Mało prawdopodobne, przynajmniej na dziś. A jak będzie za dwa miesiące? Większość, choć nie tak imponująca jak pokazują to obecne sondaże? Lepiej nie przegrzewać silnika a zarazem zbytnio nie hamować. W spokoju obrać prędkość, która gwarantuje bezpieczny dojazd do mety w charakterze lidera. Nie tylko głosowania, ale siły rozdającej karty w Polsce do 2019 roku.

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *