Czy Marine Le Pen wykończy UE?

Gdy w 1988 roku Jean Marie Le Pen otrzymał w wyborach prezydenckich 14 proc. wielu uważało, że to kres możliwości lidera francuskich narodowców. A jednak w 2002 roku Le Pen dołożył jeszcze 3 pkt. proc. i ku zaskoczeniu paryskich salonowców wszedł do drugiej tury. Po drodze była elekcja w 2007 roku i wynik na poziomie 10 proc. To był też moment, kiedy sędziwy lider Frontu Narodowego powiedział „pass” . Ster w partii przejęła córka Marine, z zawodu prawniczka. Stając do wyścigu o Pałac Elizejski w 2012 roku otrzymała niespełna 18 proc. dowodząc, że familijna sukcesja przyjęła się bardzo dobrze wśród rosnącej liczby Francuzów, mających dosyć zblatowanego towarzystwa od lewicy do prawicy. A co za tym idzie poszukujących alternatywy w antysystemowym Froncie Narodowym. To do czego dążył przez lata Jean Marie Le Pen, czyli do zwycięstwa narodowców nad partiami tzw. paktu republikańskiego, udało się jego córce. W ubiegłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego Front Narodowy zgarnął co czwarty głos, wyprzedzając postgaulistowską Unię na Rzecz Ruchu Ludowego i blok wokół Partii Socjalistycznej. Od miesięcy  Marine Le Pen i Front Narodowy są liderami sondaży przed czekającymi Francuzów podwójnymi wyborami – prezydenckimi i do Zgromadzenia Narodowego. Czy po już zmaterializowanej antyunijnej Grecji Tsiprasa, idącym tą samą drogą hiszpańskim Podemos Iglesiasa, cegiełkę do rozsadzenia Brukseli przyłoży Francja Le Penów?

Ostatnie badania wskazują, że Marine mogłaby liczyć w pierwszej turze na około 30 proc. głosów i wyprzedziłaby kandydata centroprawicy, który z kolei ma nieznaczną przewagę nad urzędującym socjalistycznym prezydentem Francois Hollandem. Mniej korzystnie wypadają symulacje dotyczące drugiej tury. Tu szefowa Frontu Narodowego musiałaby na dziś uznać zwycięstwo w konfrontacji z konkurentem reprezentującym zarówno systemową prawicę, jak i lewicę. Ale z tą różnicą, że strata Le Pen do Hollanda jest minimalna i jak wskazują wolni od poprawności politycznej i trzeźwo myślący analitycy nad Sekwaną – do odrobienia. Właśnie konfrontacja w drugiej turze między szefową Frontu, a niepopularnym miłośnikiem sexschadzek na mieście wieczorową porą – Hollandem jest scenariuszem, za który kciuki trzymają narodowcy. Jego realizacja nieco przybliżyła się po niedawnym zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”, dokonanym rękami islamskich ekstremistów. Oto okazało się, że największym beneficjentem „przebudzenia republikańskiego” Francuzów, czyli reakcji na wydarzenia we wspomnianym skrajnie lewackim brukowcu, został główny lokator w Pałacu Elizejskim. Spisany na straty przez opinię publiczną, głównie za sprawą swojej nieudolności w poruszaniu się po meandrach polityki wewnętrznej i zewnętrznej, a przede wszystkim przez swoich partyjnych towarzyszy Hollande, zdołał się podnieść. Przedwcześnie uśmiercony politycznie wszedł więc w drogę premierowi Manuelowi Vallsowi, szykującemu się do walki o prezydencką nominację socjalistów. Valls, z pochodzenia Hiszpan, doświadczony samorządowiec, sytuujący się bliżej centrolewicy, wcześniej szef resortu spraw wewnętrznych, mógł jeszcze do niedawna, w świetle sondaży, stawić czoła w rywalizacji czy to z Nicolasem Sarkozym, czy Marine Le Pen. A tu – ku uciesze tej ostatniej – do „gry o tron” powrócił Hollande.

Jeszcze dziesięć, czy pięć lat temu w społeczeństwie francuskim widoczny był lęk przez Frontem Narodowym. Sącząca się z mainstreamowych mediów propaganda o grożącym wraz z jego wejściem do politycznej pierwszej ligi „faszyźmie”, „populiźmie”, „nacjonaliźmie”, czy „nietolerancji” odciskała się piętnem na ocenie partii Le Penów. Ale im więcej zblatowana klasa polityczna, ta republikańska od lewicy do prawicy, udowadniała, że zajmuje się przede wszystkim sama sobą, tym „demokratyczny filtr” nałożony na narodowców, tracił na możliwościach skutecznego oddziaływania. Ekonomiczny regres, datowany od 2008-2009 roku, z którego Francja nie wydobyła się do dziś, powszechna korupcja i nepotyzm ponad podziałami politycznymi sprawiły, że bez większego wysiłku Front Narodowy wszedł w okres prosperity. I nic nie wskazuje na to, że by dobra koniunktura miała się ku końcowi. Nie oznacza to bynajmniej, że Marine Le Pen czeka z założonymi rękami, aż władza przyjdzie do niej sama. W listopadzie ubiegłego roku odbył się XV kongres partii. Poświęcony był on wypracowaniu długofalowej strategii działania, z finalnym produktem, czyli przejęciem kontroli nad Francją do końca obecnej dekady. Liderka Frontu ma świadomość i podejmuje coraz bardziej skuteczne próby służące marketingowemu przebudowaniu swojego partyjnego produktu. Ma być bardziej strawnym, wielonurtowy i otwarty na nowe pomysły. Te, które jeszcze kilka lat temu uznane byłyby przez Jean Marie Le Pena za herezję. Choć zbyt odważna okazała się lansowana przez niektórych działaczy Frontu koncepcja zmiany nazwy, jej „odnarodowienia” i „scentrowania”, to od miesięcy trwa „remont” w segmencie ludzi i myśli formacji kierowanej przez 46-cio letnią Marine.

Ona sama postrzegana jest, w dużej mierze z racji bycia kobietą, jako ta bardziej strawna twarz francuskich narodowców. Szefowa Frontu ma niewątpliwie urok osobisty, co przyznają niezadowoleni z tego faktu jej polityczni adwersarze. A to jest podstawą do ocieplania wizerunku całej formacji, co mozolnie dzień po dniu, zaczyna przynosić wymierne efekty. Front w zamierzeniu jego liderów ma stać się w nieodległej perspektywie z jednej strony alternatywą dla systemu. Z drugiej „bardziej ludzką”, postrzeganą jako normalna i godna zaufania, partią V Republiki. Jej system polityczny, z szerokimi prerogatywami prezydenckimi sprawia, że o sukcesie i władzy decyduje w dużej mierze rozdanie w Pałacu Elizejskim. Ostatnie dekady przynosiły wiele dowodów na to, że skok po najwyższy urząd w państwie, otwierał drogę do wypełnienia parlamentarnej reprezentacji tzw. większością prezydencką. Tak było za Mitteranda, Chiraca, Sarkozyego, a ostatnio Hollanda. Wie o tym Marine Le Pen. Stąd próby poszerzenia bazy wyborczej Frontu. Przejęcia głosów elektoratu prawicy republikańskiej, którego część – postawiona do muru z wyborem narodowcy czy umowa w ramach paktu republikańskiego – już dziś skłonna byłaby pójść w kierunku Frontu. A nie socjalistów gromadzących pod swoimi skrzydłami towarzyszy z lewicy postkomunistycznej, od których już tylko krok do anarcho-trockistów.

W niedawnym wywiadzie udzielonym jednemu z polskich tygodników Le Pen nakreśliła swoje credo. Wyraźnie opowiedziała się przeciwko obecnej unijnej kontrukcji dążącej do pełnej federalizacji. Stąd sformułowania szefowej Frontu o potrzebie wprowadzenia rzeczywistej demokracji, o czym nota bene wyraźnie mówił niedawny zwycięzca wyborów w Grecji, a także przygotowujący się do wzięcia odpowiedzialności za Hiszpanię lider Podemos Pablo Iglesias. Le Pen krytykuje ociężałą machinę biurokratyczną w Brukseli. Nie zweryfikowaną przez narody – niemal absolutną władzę komisarzy. Mówi „nie” ich ingerencji w kompetencje, które powinny być zarezerwowane dla instytucji narodowych. Pozycjonuje się w kontrze do polityki fiskalnej, monetarnej i finansowej, w tym działań Europejskiego Banku Centralnego. Głośno wypowiada się na temat znalezienia cywilizowanej formuły wygaszenia strefy euro. Bo pod jej rządami Francja miałaby powrócić do franka. Ale rewolucyjny duch u Marine Le Pen wyczuwalny jest też, kiedy mówi o konstrukcji euroatlantyckiej. Chce pomóc wyprowadzić kraje Europy z obecnego statusu, który określa mianem przybudówki Stanów Zjednoczonych. Jej antyamerykanizm spowodowany jest handlową hegemonią Waszyngtonu, w tym wsparciem dla dominacji wielkich międzynarodowych koncernów, których rozpasanie i nieakceptowalne przywileje, są zdaniem szefowej francuskich narodowców, jedną z przyczyn niekorzystnej sytuacji makroekonomicznej państw tworzących UE. Le Pen chce też pogłębionej dyskusji o roli i zadaniach NATO. Dotyka więc trzeciej, po ekonomicznej i politycznej, militarnej płaszczyzny współdziałania na Starym Kontynencie. Otwarcie mówi o konieczności zaakceptowania zdobyczy rosyjskich na Krymie, a nade wszystko o potrzebie ułożenia dobrych relacji z Rosją. Krajem, który musi zostać włączony w budowę bezpieczeństwa od Atlantyku do Uralu. Bo Rosja – zdaniem Marine Le Pen – jest naturalnym sojusznikiem Europy. No i na koniec w kwestiach światopoglądowych liderka Frontu Narodowego – przeciwniczka homozwiązków, eutanazji, genderowej edukacji – plasuje się wyraźnie w nielubianym nad Sekwaną, ale także na salonach europejskich – nurcie umiarkowanie konserwatywnym.

Już dziś świadomość wdrożenia zasadniczych zmian przez główną lokatorkę w Pałacu Elizejskim po 2017 roku, musi budzić strach systemowców we Francji. A także tych, którzy petryfikują unijne i NATO-owskie status quo  w Europie. Marine Le Pen wyrusza po prezydenturę. Bruksela z Waszyngtonem mogą pozwolić sobie na odpuszczenie pełnej kontroli nad Grecją. Być może przełkną hiszpańskie dążenia do zwiększenia samodzielności (suwerenności ekonomicznej). Ale staną na głowie, by w Paryżu wszystko zostało po staremu. Przy pomocy tzw. walki z terroryzmem, czyli skutecznego narzędzia do pacyfikowania niezadowolenia społeczeństw i utrzymywania ich w permanentnym strachu o bezpieczne jutro.

„GF”, luty 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *