Czy Tsipras będzie „udawał Greka”?

Zgodnie z przedwyborczymi sondażami neomarksistowska Syriza wygrała przeterminowe wybory w Grecji. Jej lider Aleksis Tsipras będzie stał na czele lewicowej koalicji, co oznaczać będzie poważne turbulencje w łonie Unii Europejskiej. W listopadzie 2011 roku zawarta została koalicja w skład której weszły konserwatywna Nowa Demokracja, ich odwieczni rywale z socjalistycznego PASOK oraz Ludowe Zgromadzenie Prawosławne (LAOS) . Twór, który w przełożeniu na polski można by określić mianem koalicji historycznego kompromisu. Na czele rządu stanął Lucas Papadimos – finansista nadzorujący wejście Grecji do strefy euro, prezes banku centralnego Hellady, a następnie wiceprezes ECB. To on uczestniczył w negocjacjach, których efektem były kolejne pakiety ratunkowe dla podupadającego, wedle wszelkich dostępnych statystyk, kraju. Złośliwi i nieprzychylni Papadimosowi rodacy twierdzą, że do dziś nie wiadomo do końca po której stronie stołu zasiadał. Wśród jego zdecydowanych przeciwników uważany był i jest za ambasadora wielkiej finansjery w Grecji. Prawdą jest, że podstawy skomplikowanej materii makroekonomicznej i to tej w wydaniu ponadnarodowym, zgłębiał w samym Banku Rezerw Federalnych (FED). Dla wielu Greków nazwisko Papadimos na zawsze będzie się kojarzyć z polityką ostrego zaciskania pasa w ramach wdrożonej pod dyktando wierzycieli reform, w tym podatkowej, emerytalnej, ubezpieczeń społecznych, czy odchudzenia wydatków publicznych, w tym tych związanych z funkcjonowaniem administracji. Wszystkie one wywołały gwałtowne protesty i doprowadziły do głębokiej polaryzacji Hellady na dwa obozy. Dekompozycji uległa też scena polityczna, a dotychczasowe podziały na prawicę i lewicę odeszły w przeszłość. Parlament w Atenach wybrany w maju 2012 okazał się bardzo rozczłonkowany. Utworzenie stabilnej większości stało się w tej sytuacji niemożliwe, skoro zwycięska konserwatywna Nowa Demokracja otrzymała tylko 19 proc. Na drugim miejscu uplasowała się, zyskująca gwałtownie na popularności skrajnie lewicowa Syriza. W tej sytuacji Grecy do wyborów poszli ponownie w czerwcu. Co prawda liczba partii, które przekroczyły próg wyborczy była taka sama (siedem), ale dwie główne siły –  Nowa Demokracja i Syriza – niemal podwoiły poparcie. Ci pierwsi deklarowali konieczność utrzymania polityki reform i zbytniego niedrażnienia głównego sponsora reform w Grecji – podatnika niemieckiego. Na czele nowego rządu stanął lider konserwatystów Antonis Samaras. Każdy jego krok spotykał się w ostatnich trzech latach z bezpardonową krytyką Syrizy pod wodzą Aleksisa Tsiprasa. W retoryce tego ostatniego nie było dnia bez akcentowania wyraźnej niechęci do brukselskiego kagańca nazywanego „Unią Niemiecką”, a wśród sympatyków jego partii do samej Angeli Merkel. Tsipras w starciu z Nową Demokracją dawał do zrozumienia wielu kręcącym nosem Grekom, że on i jego towarzysze zrobią wszystko, by odkręcić zło zafundowane Helladzie przez unijnych polityków, a przede wszystkim ekonomistów i znienawidzonych przez wielu obywateli Hellady – „banksterów”

I trzeba powiedzieć, że hasła Syrizy natrafiły na wyjątkowo podatny grunt. Jak zmieniał się polityczny krajobraz Grecji najlepiej ilustruje mapa ze zwycięzcami wyborów z czerwca 2012 (Parlament Grecki) i 2014 (Parlament Europejski). Spora część mieszkańców środkowej, lądowej część tego kraju przerzuciła swoje poparcie na neomarksistów. Podobnie było na licznych, rozsianych głównie w części południowo-wschodniej, wyspach, gdzie bastionem konswerwatysów pozostała tylko Rodos. Taki obraz z całą pewnością sprawił, że sen Angeli Merkel i brukselskiej świty z 24 na 25 stycznia był bardzo niespokojny. Bo na korytarzach w Brukseli mówiono bez przyciszania głosu, że Tsipras u władzy w Atenach to wywrócenie tego, co „trojka” próbowała wdrażać w ostatnich latach w ramach greckiej terapii uzdrawiającej. Czterdzestoletni lider Syrizy, dawny działacz młodzieżówki komunistycznej, otwarcie deklarował w kampanii, że jedno z jego pierwszych posunięć na fotelu premiera sprowadzi się do renegocjacji planu oszczędnościowego w połączeniu z odejściem od prywatyzacji, nazywanej przez partię Tsiprasa wyprzedażą narodowych sreber. A co dla samych Greków deklarowała Syriza? Oczywiście podniesienie podatków dla najbogatszych, czy pensji minimalnej. A więc posunięć, których tylko zapowiedzi musiały i muszą wywoływać stres szefostwa Europejskiego Banku Centralnego, czy Międzynarodowego Fundusz Walutowego. To oni, podobne jak Niemcy, w wyborach kciuki trzymali mocno za Samarasa i Nową Demokrację. Tyle tylko, że lider konerwatystów, by się utrzymać na Akropolu, musi tańczyć tak jak zagra mu brukselska, a z racji siedziby ECB – frankfurcka orkiestra. Nie mógł sobie pozwolić na odrobinę nonszalanci z myślą o interesie swoich rodaków i rozpisać, jak chciał tego jego socjalistyczny poprzednik kilka lat temu Jorgos Papandreu, referendum nad reformami. W sytuacji podbramkowej uzdrowicielski plan przyszedł z Berlina na biurko i musiał być bez dyskusji realizowany. A to wielu Grekom, ceniącym sobie niezależność od świata zewnętrznego, co udwowodnili w swojej bogatej historii, nie mogło się podobać. Nie akceptowali więc rozpisanego ich zdaniem w Berlinie scenariusza wedle którego premier Grecji nie jest od gadania. Nie przestraszyły ich słowa niemieckich polityków, z ministem finansów Wolfganem Schauble, którzy dawali do zrozumienia, że żadne zapowiedzi o wyjściu Hellady ze strefy euro nie wchodzą w grę. Bo Niemcy mieli i mają świadomość, że oznaczałoby to początek końca tej, co widać z perspektywy, chybotliwej konstrukcji w globalnej układance finansów. Greckie „nie” dla euro i powrót do drahmy musiałby wywołać wstrząs z konsekwencjami trudnymi do wyobrażenia. Przede wszystkim na mocno kulejącym ekonomicznie południu z Włochami, Portugalią, czy Hiszpanią. Ale także ośmielić do jeszcze wyraźniejszego dystansu wobec „brukselskiego chaosu” i tak silnie uniosceptyczne siły w Wielkiej Brytanii, co prowadziłoby wprost do rozsadzenia UE zarówno w materii ekonomicznej, jak i politycznej. A tego Niemcy – główny kasjer realizowanego przez nie krok po kroku podboju kontynentu – sobie nie życzą. Bo koniec euro to powrót do marki, która momentalnie stałaby się najsilniejszą walutą w Europie. A to oznaczałoby potężny spadek wpływów z eksportu, koła zamachowego niemieckiej gospodarki.

Ale to właśnie Niemcy i stosunek do nich, z obowiązkową wycieczką w przeszłość do czasów II wojny światowej, wraca w każdej greckiej kampanii jak bumerang. Widzowie programów informacyjnych na każdym kroku zakończonej już kampanii mogli natknąć się na obrazki wiecujących zwolenników Syrizy. Z transparentami, w łagodnej wersji, typu „Gute nacht frau Merkel”, a ostrzej z podobiznami niemieckiej kanclerz z odwołaniem się do symboliki nazistowskiej, czy terminów takich jak „IV Rzesza”, czy „ponowna okupacja Grecji”. W Polsce wydaje się niewyobrażalne zetknięcie się w mediach w trakcie kampanii z wyliczeniami ewentualnych odszkodowań, jakie powinny być wypłacone naszemu krajowi za napaść i okupację niemiecką podczas II wojny światowej. A w Grecji był i jest to chleb powszedni. Paradoksem jest fakt, że ta narodowa, czy jak by powiedzieli salonowi intelektualiści, nacjonalistyczna nuta akcentowana jest przez lewacką i neomarksistowską Syrizę. Oczywiście z towarzyszącym temu potężnym ładunkiem populizmu, etatyzmu, socjalizmu, a nawet upiorów z komunistycznej przeszłości. Ale ta mieszanka pozwoliła 25 stycznia Tsiprasowi wyraźnie wygrać wybory. Syriza zdobyła ponad 36 proc. głosów, co przełożyło się na 148 miejsc w 300 osobowym parlamencie w Atenach. Do bezwzględnej większości zabrakło bardzo niewiele. Wbrew spekulacjom o trudnoścach w sformułowaniu rządu przez Tsiprasa dysponującego większościowym zapleczem, zaledwie dwa dni po zakończonej elekcji Syriza porozumiała się z populistami z Partii Niezależnych Greków. Zresztą Tsipras miał w czym wybierać, bo w rezerwie było 15 mandatów komunistów, czy 13 socjalistów z PASOK. Do opozycji przeszła Nowa Demokracja, proeuropejska To Potami (Rzeka) oraz narodowo-prawicowa Złota Jutrzenka. W Brukseli trwa wyczekiwanie na pierwsze ruchy po nowym otwarciu w Atenach. Czy na „dzień dobry” Tsiprasa i towarzyszy czeka ostrzeżenie na granicy szantażu od „trojki”? Czy górę weźmie niemiecki pragmatyzm i łagodniejsze traktowanie „obcego” Berlinowi premiera Grecji? Odzyskanie tego co włożyli niemieccy podatnicy, wydłużone w czasie? Sam przywódca Syrizy, świadom możliwego znalezienia się w kleszczach między obietnicami a światem realnym z 240 mld zadłużenia, w końcówce kampanii złagodził nieco język. W trakcie zaprzysiężenia, z pominięciem odwołania się do Boga, Tsipras zobowiązał się do przestrzegania konstytucji i służenia narodowi greckiemu. W trudnych dla Grecji i Unii Europejskiej czasach nowemu premierowi Hellady przyjdzie pewnie robić to, co on i jego rodacy potrafią robić najlepiej – udawać Greka.

„Gazeta Finansowa”, styczeń 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *