Dobre drogi prowadzą do Lwowa

Chyba jedyną korzyścią ze współorganizacji piłkarskich mistrzostw Europy dla Polaków wjeżdżających na Ukrainę jest gwarancja dojechania do Lwowa z nienaruszonym zawieszeniem samochodu. Jeszcze dwa lata temu pokonanie odcinka od granicy w Hrebennem, czy Korczowej do oddalonego o 70 km Lwowa było dla wielu, szczególnie po raz pierwszy podróżujących po dawnych Kresach, drogą przez mękę . Tuż po przekroczeniu granicy oczy cieszyły co prawda ceny paliw na stacjach benzynowych, średnio niższe o 25 proc. od naszych. Ale przerażenie budził stan dróg. Liczba dziur, kolein, czy fatalne oznakowanie od razu powodowały przypływ sympatii dla dokonań rodzimych ministrów infrastruktury. Kto nie przepadał na Markiem Polem, czy Jerzym Polaczkiem, a współcześnie za Sławomirem Nowakiem, dziś mijając któregoś z nich, pewnie sam z siebie, po ukraińskich doświadczeniach drogowych, skinąłby głową na „dzień dobry”.

Wspomniana droga do Lwowa, a potem prowadząca między innymi do stołecznego Kijowa, jest w hierarchii ważności tą najwyższą. Oznakowana jako „M” (magistrala międzynarodowa) posiada wszystko co najlepsze dać może ukraiński odpowiednik naszej GDDKiA. Prace naprawcze na jej odcinku od granicy do stadionowego Lwowa i Kijowa widoczne były już dwa lata temu. Wyrównywano podłoże i kładziono nowy asfalt, łącznie z poboczem. Na EURO zmotoryzowani kibice mogli więc dotrzeć „po europejsku”. Gorzej, gdy zechcieli w przerwie między rozgrywkami, zwiedzić mniej piłkarską Ukrainę. Na przykład jeden z zabytków tzw. Złotej Podkowy, czyli łańcucha turystycznych atrakcji otaczających Lwów – zamek z Złoczowie z XVI wieku. To wymagało skierowania auta drogą na Tarnopol, oznakowaną jako „N” (krajowa) i mogło, już po kilku kilometrach jazdy, prowadzić do racjonalnej decyzji o natychmiastowym powrocie do Lwowa. Bo, druga po „M” w hierarchii ważności droga, sprawia do dziś wrażenie dopuszczonej do eksploatacji jedynie dla pojazdów gąsienicowych.

Przy okazji drogowej ukraińskiej nomenklatury warto dodać, że dostępne na naszym rynku mapy samochodowe tego kraju są – jak by powiedzieć – mało przydatne. Są bowiem bezrefleksyjnym odwzorowaniem urzędniczego zaszeregowania ważności, a nie empirycznie dowiedzionego stanu jakości dróg. Zdarza się, że niektóre odcinki trzeciego lub czwartego sortu, oznakowane jako „P” lub „T”, teoretycznie powinny być omijane szerokim łukiem przez kierowców w „delikatnych” autach. A drogi te bywają w miarę przyzwoitym stanie. Tak wygląda między innymi, trakt prowadzący z Poczajowa, z godnym zwiedzenia monastyrem (Ławra) i miejscem pielgrzymowania prawosławnych i grekokatolików, do Krzemieńca Juliusza Słowackiego.

Najgorzej jest na terenach górskich. Dojazd do przedwojennego kurortu w Jaremczy od strony karpackich Kut, Wierchowiny (do 1939 roku Żabie), czy Worochty, to największy na Ukrainie zachodniej, test na wytrzymałość techniczną samochodu oraz psychiczną kierowcy i współpasażerów. Najmniejszym wymiarem kary za oglądanie szczytów Czarnohory są odpadające, po kolejnym zanurzeniu w ogromnej dziurze, kołpaki. „U nas dróg nie ma” mówi zaprzyjaźniona ze mną rodzina huculska po dotarciu do ich agroturystycznego zakątka. To szczere, góralskie wyznanie jest prawdziwe. Niektóre odcinki, zalane w czasach sowieckich asfaltem, zostały całkowicie wymyte przez rwące potoki, wpadające do Czeremoszu. Poruszanie się z prędkością 15-20 km/h oraz nieustanna modlitwa do św. Krzysztofa, to wszystko co można w tej sytuacji zrobić. Tankowanie, wciąż nieco tańszego niż w Polsce ukraińskiego paliwa, wychodzi więc w sumie „na zero”. Bo wskaźnik pokazujący spalanie rośnie w zawrotnym tempie.

Niewiele lepiej jest zaś w dawnych miastach powiatowych. Rozkopane zdają się sugerować, że kiedyś ktoś tu zaczął, a właściwie miał zamiar, naprawiać nawierzchnię. Po małym fragmencie nowego asfaltu przychodzi kontakt ze starym, a różnica w wysokości między jednym a drugim wynosi nawet kilkanaście centymetrów. Na próżno by szukać oznakowań uprzedzających o nadchodzących kłopotach. Migające światła? Barierki? Pachołki? Zapytany o takie wyposażenie młody człowiek z Nadwornej uśmiecha się i sprytnie odpowiada „ja nie rozumieju”. To zaś czego za Ukrainie zachodniej, w tym w miastach rejonowych nie brakuje – to pomniki ku czci Bandery i innych „bohaterów” UPA i OUN. Bywa, że w niewielkiej odległości jest ich kilka.

Znajomy ksiądz, z jednej z polskich parafii na Kresach, pyta często przewrotnie napotkane osoby, czy zamiast stawiać na potęgę złote (bez grama złota) pomniki „gierojam”, nie lepiej te same pieniądze przeznaczyć na choćby częściową poprawę stanu dróg? Nieliczni odważni – jak mówi – przytakują. Większość milczy, a najbardziej zatwardziali miłośnicy „dokonań” Bandery i spółki, mówią, że wszystkiemu winny jest Janukowicz i „niebiescy”. Bo pieniądze na drogi daje Kijów, a on inwestuje tylko „w swoich” na wschodzie. Tyle tylko, że ekipa „pomarańczowych”, rządziła Ukrainą dobrych kilka lat. Czy Juszczenko i Tymoszenko, będąc u władzy, zatroszczyli się o swoją bazę wyborczą i skierowali pieniądze na naprawienie chociaż jednego dłuższego fragmentu drogi na zachodniej Ukrainie? Tego, pomimo kolejnego wypadu na Kresy, wciąż nie udało mi się dostrzec.

„Moja rodzina”, listopad 2013

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *