Kampanijne przyspieszenie

Z kampanii samorządowej przeszliśmy płynnie do prezydenckiej. Choć nie znany jest jeszcze precyzyjnie termin przyszłorocznych majowych wyborów do boju o „duży pałac” ruszyły siły usytowane od lewicy do prawicy. W najkorzystniejszej sytuacji na starcie jest urzędująca głowa państwa . Dotychczasowe sondaże dają Bronisławowi Komorowskiemu zwycięstwo już w pierwszej turze. W rankingach zaufania prezydent zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce, zbierając pozytywne wskazania nie tylko wśród swoich (PO) i zaprzyjaźnionych (SLD, PSL, Twój Ruch), ale także w sporym odsetku wyborców centroprawicy. Główny lokator „dużego pałacu”, dzięki wykreowaniu przez media na dobrotliwego ojca narodu, stojącego ponad podziałami na straży bezpieczeństwa i stabilności demokratycznego państwa, nie ponosi politycznej odpowiedzialności za cztery lata rządów Platformy Obywatelskiej. Unika zaangażowania w bieżące rozgrywki, a tylko w sytuacjach kluczowych dla trwania konstrukcji pomagdalenkowej Polski – jak ostatnie wydarzenia wokół PKW i liczenia głosów z elekcji samorządowej – wchodzi nieco odważniej do gry. Siła Bronisława Komorowskiego na pół roku przed wyborami prezydenckimi wynika, podobnie jak macierzystej PO przed jesiennym starciem o nowe rozdanie parlamentarne, ze słabości opozycji. Tej z lewicy i tej z centroprawicy.

W ciągu trzech lat od wkroczenia z wielkim hałasem na Wiejską z formacji Janusza Palikota nie zostało prawie nic. Szumnie zapowiedzi o zbudowaniu wielkiego ruchu socliberalnego, z akcentowanym do znużenia ostrzem antyklerykalnym i antykościelnym, przez filozofa z Biłgoraja spełzły na niczym. Pomimo medialnej podbudowy dla jego działań w głównym nurcie mainstreamu i ekscytacji świeżością, którą rzekomo do polskiej polityki miał wprowadzić, w tegorocznych wyborach do PE i do samorządów Palikociarnia poległa. Nie pomógł Kutz, kawiorowo-cygarowa lewica z pod znaku lobbysty Aleksandra Kwaśniewskiego i autorytety warszawskiego salonu. Palikota opuściła większość posłów wybrana w 2011 roku. On sam zapowiedział kilka tygodni temu, że będzie ubiegał się o prezydenturę. Jeśli przy obserwowany coraz większym rozkładzie struktur uda mu się jednak uzbierać sto tysięcy podpisów, weźmie nie więcej niż 1-2 proc. poparcia. W wariancie drugiej tury przekaże oczywiście swoje głosy prezydentowi Komorowskiemu. To, że szczątkowy Twój Ruch nie jest zainteresowany wyjście z politycznego getta, a pełni wyłącznie rolę cichego koalicjanta PO świadczy fakt, że w swoich szeregach Palikot ma osobę, która mogłaby zawalczyć o dobry rezultat w majowych wyborach. Jest nią Barbara Nowacka, rozważana przez niektóre środowiska i lewicujących publicystów, jako optymalna kandydatka dużego bloku na lewo od centrum. Dobrze prezentująca się, kulturalna i elokwentna Nowacka miałaby szansę zawalczyć o dobry dwucyfrowy wynik. Jej start byłby jednym z dwóch elementów uniemożliwiających sukces prezydenta Komorowskiego już w pierwszej odsłonie. Ale słowo Palikota zamyka drogę związanej z jego formacją Nowackiej i wprawia w lepszy humor otoczenie urzędującej głowy państwa.

Tylko nieco lepiej sytuacja przedstawia się w jedynej, utrzymującej się na powierzchni politycznej egzystencji partii na lewicy – SLD. Odstawieni przez wyborców na tor boczny w 2005 roku dawni postkomuniści, nie złapali oddechu przez minione dziewięć lat. Z trudem udawało im się wejść na wynik dwucyfrowy, korzystając z osłabienia formacji Palikota. Nie zrealizowały się, pomimo zmian w kierownictwie i odmłodzeniu zaplecza wokół Leszka Millera, marzenia o odebraniu przynajmniej części socliberalnych i socjalnych wyborców PO. Wybory do PE i do sejmików pokazały, że SLD jest w maraźmie, bez społecznego zapotrzebowania na to co głosi i  bez szans na średnioterminowe przetrwanie. Start w wyborach prezydenckich Leszka Millera zakończyłby się spektakularną porażką, gdzieś w przedziale między 4 a 6 proc., co wyłącznie przyspieszyłoby erozję tej, niegdyś potężnej, formacji. Niewiele lepszy wynik mógłby odnotować rozważany na giełdzie nazwisk Wojciech Olejniczak, czy celebrycka wydmuszka Ryszard Kalisz. Sporo więcej mogłaby, wspomniana już Barbara Nowacka, ale – jak mówi się w kuluarach – odmówiła ona startu liderowi SLD, pewnie głównie za sprawą lojalności wobec swojego aktualnego szefa Janusza Palikota. Styczniowa decyzja władz Sojuszu i wskazanie kandydata nie będzie miało większego znaczenia z punktu widzenia sondażowych słupków. Jedyną niewiadomą będzie tylko to czy wybraniec będzie „swój” czy „z okolic”. W jednym i drugim przypadku nie będzie to jednak więcej niż 10 proc. wskazań głosujących i oczywiste przekazanie poparcia dla Bronisława Komorowskiego w ewentualnej dogrywce z kandydatem PiS.
Partia Jarosława Kaczyńskiego, późno bo późno, ale zdecydowała się na wskazanie swojego kandydata. Wybór padł na Andrzeja Dudę, człowieka Lecha Kaczyńskiego, młodego wiekiem i politycznym doświadczeniem, z niewielką identyfikacją wśród Polaków. Fakt bycia postrzeganym jako uczeń ex-prezydenta to jednocześnie szansa i zagrożenie. To pierwsze bowiem cementuje twardy elektorat smoleński, ale komplikuje zabiegi o zdobycie centrum. Młodość, w zestawieniu z nieco sklerotycznym zaciągiem okrągłostołowców, czyli generacji urzędującej głowy państwa, to walor ważny w kontekście walki o głosy, w sporej części opozycyjnych wobec rządzących, wchodzących  w dorosłe życie. I to bardziej pod kątem elekcji parlamentarnej. Dwa pozostałe wyróżniki Dudy – niewielkie doświadczenie i słaba rozpoznawalność – nie są dużą przeszkodą w walce o poparcie w przedziale między 22 a 30 proc. Przy wycofaniu się z rywalizacji Jarosława Kaczyńskiego, to właśnie Andrzej Duda ma szansę dać PiS-owi wynik na przetrwanie do jesiennych wyborów parlamentarnych. Rezultat powyżej tego, co obecnie zbiera partia, mógłby być udziałem, co dowodziły badania między innymi dla „Warszawskiej” – europosła Janusza Wojciechowskiego i byłego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Ale na takie „małopartyjne” odchylenie PiS się nie zdecydował. I to w sytuacji, w której szykuje się dla tej partii ósma, po enigmatycznym sukcesie w zakończonych niedawno wyborach samorządowych, przegrana z konsekwencjami na rozdanie sejmowe 2015-2019. Czy sztabowi Dudy uda się wylansować go jako antytezę Komorowskiego? Czy ta kandydatura zdoła wyjść szerzej i zdobyć głosy wyborców umiarkowanego środka, a zarazem tych, którzy sytuują się na prawo od koalicji „dużego PiS”? Sporo zależeć będzie od struktur PiS, które toczone są chorobą trafnie zdiagnozowaną niedawno przez Joachima Brudzińskiego. Powiedział on o zjawisku „prywatyzacji partii przez posłów na szczeblu powiatowym”, czyli negatywnej selekcji w PiS. Bez rozbicia tej gangreny nie będzie skutecznej walki Dudy o drugą turę i cienia szansy na większość w nowym Sejmie.

W walce o prezydenturę nie liczyć się będzie z całą pewnością osoba wskazana przez PSL. Jeśli w ogóle takowa będzie, bo wśród ludowców jest nie mała grupa działaczy gotowych poprzeć Bronisława Komorowskiego. Pomimo sukcesu w wyborach samorządowych, tych zwyczajowo z pikiem PSL, doświadczenia z poprzednich głosowań prezydenckich pokazują, że kandydat ludowców z trudem może przekroczyć poziom 2-3 proc. Dla uniknięcia bolesnego zjazdu z „wysokiego C”, a tym samym osłabienia pozycji startowej w walce o mandaty na Wiejskiej, grupa pro-prezydencka w PSL, może z powodzeniem przeforsować wariant kandydata koalicji. Ale u ludowców są też ci, którzy kategorycznie opowiadają się za wystawieniem „swojego”. Argumentują, że partii aspirującej do bycia wyraźnie trzecią siłą w Polsce, nie stać na oddanie pola, przywołując przykład Unii Wolności z 2000 roku. Geremkowskie intelektuele-mądrale nie stanęły z partyjnym kandydatem w szranki wyborcze, co uśmierciło tę formację, ku satysfakcji milionów Polaków a rozpaczy michnikowego mainstreamu, rok później. Czy PSL w wariancie pełnego zaangażowania w wybory prezydenckie wystawi przedstawiciela starej gwardii (Kalinowski, Piechociński, Zych), czy ewentualnie młodego marszałkowego zaciągu (Jarubas, Hetman)? Z odpowiedzą będziemy musieli zaczekać do stycznia.
Być może szybciej niż u ludowców, dowiemy się kto będzie reprezentował w wyborach prezydenckich Kongres Nowej Prawicy. Czy będzie to Janusz Korwin-Mikke z szansą nawet na trzeci wynik? To ważne w kontekście sondaży sejmowych, które dają tej partii okolice progu pięciu procent. Dobry wynik lidera ciągnąłby notowania KNP do jesieni na poziomie pozwalającym na wprowadzenie kilku, czy kilkunastu posłów na Wiejską. Mniej korzystnie sytuacja wygląda w Ruchu Narodowym, gdzie dwaj liderzy (Bosak i Winnicki) ne mogą kandydować z racji wieku, a dodatkowo narodowcy stoją przed dylematem podobnym jak w SLD. Jeśli „swój” to być może Artur Zawisza, a jeśli „ktoś blisko” to rozważany, ale szerzej jako kandydat na prawo od PiS – publicysta Rafał Ziemkiewicz. Ta kandydatura byłaby osłabieniem dla Andrzeja Dudy, zwłaszcza gdyby wokół niej doszło do sojuszu RN i KNP. Bo w perspektywie wyborów parlamentarnych oznaczałoby rozbicie monopolu na centroprawicy i prawicy, tak pilnie strzeżonego przez PiS. Czy w walce o prezydenturę włączą się też anonsowani w tzw mediach patriotycznych reżyser Grzegorz Braun, czy przedsiębiorca Zbigniew Stonoga? Tego na tym etapie nie wiemy. Ale każdorazowy powrót do „wariantu św. Katarzyny”, czyli nadmiernego spluralizowania ofert na centroprawicy, z całą pewnością ucieszyłby prezydenta Komorowskiego i jego polityczne zaplecze. Wyautowana Barbara Nowacka, spacyfikowany koalicjant z PSL i mnogość kandydatur na prawo od centrum? Tego chcą ludzie z urzędu, który nas-podatników kosztuje już 170 mln złotych rocznie.

„WG”, grudzień 2014

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *