Polacy wybrali zmianę

W polityce do zwycięstwa nie wystarczy konsekwentna realizacja krok po kroku przyjętej strategii. Trzeba mieć też odrobinę szczęścia i liczyć na błędy konkurencji. Tak stało się 25 października. Zjednoczona Lewica nie przekroczyła progu wyborczego, co dało koalicji wokół PiS bezwzględną większość w Sejmie na następne cztery lata.

Zabory a wybory

zyskududyZakończona właśnie rywalizacja o Belweder była do samego końca bardzo wyrównana. Na ponad pół miliona głosów różnicy na korzyść Andrzeja Dudy w drugiej turze głosowania złożyły się dwa elementy. Po pierwsze kandydat centroprawicy zdołał przyciągnąć do siebie więcej wyborców, których faworyci odpadli 10 maja. Po drugie nawiązał równorzędną walkę o głosy zmobilizowanych, nowych wyborców, którzy do urn poszli wyłącznie 24 maja. Czytaj więcej

Dodatkowy milion Dudy

Pierwsza tura głosowania zakończyła się remisem ze wskazaniem na Andrzeja Dudę. Sztaby obu kandydatów podjęły wysiłek mający na celu przeciągnięcie wyborców, których faworyt odpadł 10 maja oraz zmobilizownie tych, którzy tego dnia pozostali w domach (…). Andrzej Duda zagospodarował w II turze zdecydowaną większość głosów z pierwszej części batalii. Tylko nieznaczna część (2,7 proc.) przerzuciła swoje głosy na konkurenta kandydata PiS. Komorowski stracił na rzecz Dudy nieco więcej (3,0 proc.), co przełożyło się na dodatkowy zysk dla zwycięzcy, a wynoszący ponad 16 tyś głosów. Na Dudę głosowało 85 proc. wyborców Grzegorza Brauna, 40 proc. Adama Jarubasa, 72 proc. Janusza Korwin-Mikke, 80 proc. Mariana Kowalskiego, 60 proc. (ok. 1 650 tyś wyborców) Pawła Kukiza, ponad 40 proc. Magdaleny Ogórek oraz 60 proc. Jacka Wilka. Nawet wśród wyborców Janusza Palikota znaleźli się, co prawda niezbyt liczni (ok. 15 proc.), którzy zawrócili ze złej drogi i wsparli kandydata PiS. Takie cuda możliwe były tylko w święto Zesłania Ducha Św. W sumie Duda zgarnął prawie 2,5 mln wyborców kandydatów, którzy nie weszli do II tury. Bronisław Komorowski przyciągnął zaś niespełna 1,8 mln. Ale między I a II turą frekwencja wzorsła o 6 pkt. proc. Zatem 24 maja do urn poszło o niespełna 2,3 mln wyborców więcej niż dwa tygodnie wcześniej. Kto z tej puli wziął więcej? Bronisław Komorowski (1,3 mln), ale na Andrzeja Dudę przypadło ok. miliona głosów. Gdyby nie ta dodatkowa szarża „nowych” prezydentem zostałby Bronisław Komorowski z poparciem ok. 51,6 proc. głosów, a Andrzej Duda musiałby zadowolić się wynikiem ok. 48,4 proc. (czerwona kratka). To właśnie ten extra milion (zielona kratka) dał Andrzejowi Dudzie najwyższy urząd w państwie (tabelaryczne dane w ujęciu liczbowym mają charakter orientacyjny).

Korekta mandatów sejmowych

Choć kampania parlamentarna zacznie się tuż po zakończeniu rywalizacji o prezydenturę to już dziś warto wiedzieć, że w ośmiu okręgach sejmowych dokonana zostanie korekta podziału mandatów. Wniosek w tej sprawie trafił do Marszałka Sejmu, a skierowała go Państwowa Komisja Wyborcza. Skąd ta inicjatywa? Na każdy mandat sejmowy w Polsce przypada określona liczba mieszkańców. To tzw. norma przedstawicielska. Między wyborami mamy do czynienia z ruchem ludnościowym. Ma on swoje podłoże biologiczne (urodzenia, zgony) oraz społeczne (migracje). PKW w oparciu o dane statystyczne ma obowiązek przedstawienia Sejmowi ewentualnych korekt raz na cztery lata w roku poprzedzającym rok, w którym upływa kadencja parlamentu. Wniosek, w oparciu o wyliczenia z III kwartału pnzmiana2014 roku, PKW trafił na Wiejską tuż przed Świętami Bożego Narodzenia i musi zostać szybko rozstrzygnięty. Bowiem zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego nie można „majstrować” w kodeksie wyborczym na sześć miesięcy przed wyborami. Jeśli miałby one odbyć się w październiku to zmiany muszą przejść przez wszystkie etapy ścieżki legislacyjnej bardzo szybko. Pytanie czy przy „zapracowaniu” Sejm, Senat i Prezydent zdołają to zrobić. Z wniosku PKW do Marszałka Sikorskiego wynika, że zmniejszenie liczby mandatów dotyczy będzie okręgu łódzkiego z obecnych 10 do 9, sosnowieckiego z 9 do 8, kieleckiego z 16 do 15 oraz elbląskiego z 8 do 7. Przyrost mieć będzie miejsce w okręgu wrocławskim z 14 na 15 mandatów, podwarszawskim (Warszawa II) z 12 na 13, gdańskim z 12 na 13 i gdyńskim z 14 na 15. Dla okręgu elbląskiego oznaczać to będzie zrównanie się z najmniejszym okręgiem częstochowskim. Dla łódzkiego i sosnowieckiego przesunięcie do grupy okręgów małych (8-9 mandatowych). Powodów do zadowolenia nie będą mieć też mieszkańcy województwa świętokrzyskiego, gdzie ich okręg był do tej pory drugi po Warszawie. Po zmianach będą co prawda w grupie okręgów dużych, ale na równi z lubelskim, rzeszowskim i dwoma awansującymi – wrocławskim i gdyńskim. Do średnio-dużych przesuną się z kolei gdański i podwarszawski. Co to oznacza w praktyce? Za podstawę wyliczeń wzięliśmy najnowszy sondaż Estymatora dla Newsweeka, w którym PO ma 39 proc., koalicja PIS-SP-PR 32 proc., PSL 11 proc. a SLD 10 proc. W przełożeniu na mandaty oznacza to, że w okręgu elbląskim na odjętym mandacie straci Platforma Obywatelska. Podobnie będzie w okręgu łódzkim. Ubytek dla Prawa i Sprawiedliwości będzie mieć miejsce w okręgu sosnowieckim i kieleckim. Kto i gdzie zyska? Dochodzący mandat w okręgu gdyńskim przypadłby PO, podobnie jak po sąsiedzku w okręgu gdańskim. Zysk Platformy byłby też w okręgu podwarszawskim, a na osłodę PiS powiększyłby stan posiadania swojej reprezentacji w okręgu wrocławskim. Podsumowując na wymaganej ustawowo zmianie, przy obecnych notowaniach sondażowych zyskałaby przede wszystkim PO (3 mandaty), a tylko nieznacznie PiS (1 mandat).  

Lewicowa Istria, prawicowy Dubrownik

Kolinda Grabar-Kitarovic z centroprawicowej Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej pokonała różnicą dwudziestu jeden tysięcy głosów w drugiej turze wyborów prezydenckich walczącego o reelekcję i wspieranego przez centrolewicę Ivo Josipovica. Oboje zakończyli rywalizację w pierwszej odsłonie otrzymując odpowiednio 37 proc. i 38,5 proc. To zapowiadało wyrównany pojedynek do końca. O ostatecznym wyniku mieli rozstrzygnąć wyborcy dwóch pozostałych kandydatów – Ivana Sinica i Milana Kujundżica. Większą siłą przyciągania wykazała się Grabar-Kitarovic, w przeszłości dyplomatka, minister spraw zagranicznych, odpowiedzialna za negocjacje w sprawie wstąpienia Chorwacji do Unii Europejskiej. Wybory prezydenckie potwierdziły istniejące od dwudziestu lat podziały w sympatiach mieszkańców tego kraju. Tradycyjnie spora przewaga elektoratu centroprawicowego (kolor granatowy i niebieski na mapie) uwidoczniła się w południowej części pasa nadmorskiego od Zadaru po Dubrownik, a także w południowo-wschodnim czworokącie Sisak-Bjelovar-Osjek-Slovanski Brod. Pół na pół głosy rozłożyły się w stołecznym Zagrzebiu i części północno-środkowej. Kandydat lewicy (kolor bordowy i pomarańczowy) zwyciężył w Istrii, primorsko-gorsku z Rijeką oraz północnym skrawku z Warażdinem, wciśniętym między Słowenię i Węgry. Po stronie Josipovica opowiedzieli się też zamieszkali w większych skupiskach Serbowie (żółte kółka) i Węgrzy (zielone kółko). Planując wypoczynek w Chorwacji pamiętajmy, że Istria to twierdza lewicy, a mieszkańcy Dubrownika, czy Splitu bardziej preferują centroprawicę.

Rumunska Galicja trzyma się mocno

Podziały hitoryczne determinują polityczne wybory nie tylko w Polsce. Jak pokazuje załączona mapa w drugiej turze niedawno zakończonej elekcji prezydenckiej w Rumunii po raz kolejny dała o sobie znać przeszłość. Od ponad dwóch dekad preferencje wyborcze mieszkańców Rumunii rozkładają się według klucza historycznego. Dzieli on terytorium tego kraju na mniej więcej dwie części. Pierwsza idąc od położonej na północnym wschodzie Mołdawii, pozostającej przez kilka stuleci w orbicie wpływów głównie tureckich i rosyjskich. A następnie przez południe z Wołoszczyzną i przymorski pas Dobrudży, gdzie także swoje korzenie mocno zapuściło imprium osmańskie. Pod względem narodowościowym (Rumuni) i religijnym (prawosławie) tereny te są niemal jednolite. Inaczej jest w drugiej nie-bizantyjskiej połowie od północy z Bukowiną i Maramuresz po znajdujący się na północnym i środkowym zachodzie Siedmiogród i Banat. Tu przez wieki silnie odddziaływała na mieszkańców kultura łacińska, głównie przez wpływy węgierskie i niemieckie. Żyją tu liczne mniejszości narodowe (Węgrzy, Sasi siedmiogrodzcy, Szeklerzy) i religijne (katolicy i protestanci). Od ćwierćwieku na wschodzie i południu Rumunii zwykle wygrywają kandydaci i partie usytuowane na lewo od centrum. Zachód i środek Rumunii wskazuje zdecydowanie częściej na centroprawicę. Nie inaczej było w połowie listopada, kiedy to faworyt wyborów prezydenckich, socjaldemokratyczny premier Victor Ponta przegrał w drugiej turze starcie z byłym burmistrzem Sibiu, chadekiem, a w dodatku rodowitym Sasem Klausem Iohannisem. Granice wskazań na zwycięzcę i pokonanego precyzyjnie nakładają się na aksjologiczne passe. Rumuńska Galicja trzyma się – jak widać na mapie – mocno i w odróżnieniu od tej polskiej jest na tyle silna, by różnej maści lewicy powiedzieć skutecznie „nie-dziękujemy”.

„PN”, grudzień 2014

Kresowa mozaika polityczna

Zróżnicowana struktura etniczna i religijna wschodnich województw II RP sprawiła, że wyniki pierwszych, na scalonym terytorium, wyborów sejmowych w 1922 roku zasadniczo różniły się od reszty kraju. Pas od granicy z Łotwą po huculską Czarnohorę, po za małymi wyspami polskości w Wilnie i Lwowie, zdominowany był przez mniejszości narodowe. Ukraińców było ok. czterech milionów, co przekładało się na ponad 70 proc. udział w populacji woj. stanisławowskiego, 65 proc. wołyńskiego, 45 proc. tarnopolskiego i 25 proc. lwowskiego. Ludność białoruska liczyła ok. jednego milion, licznie zamieszkując woj. poleskie (do 45 proc.), nowogródzkie (do 40 proc.) i wileńskie (do 25 proc.). Ponadto na wschodnie mieliśmy do czynienia ze zwartymi skupiskami Litwinów (ok. 80 tys., głównie w woj. wileńskim) oraz kolonie niemieckie (ok. 45 tys.) i czeskie (ok. 30 tys.) na Wołyniu. Z racji prawosławnej konfesji większości Białorusinów, unickiej i prawosławnej Ukraińców oraz protestanckiej Niemców i Czechów katolicyzm nie był też na wschodzie religią dominującą. Stąd ukształtowana w początkach II RP na wschód od terenów obecnej granicy wschodniej mapa wyborcza mocno różniła się zarówno co do aktywności, jak i preferencji wyborczych od reszty kraju. Do urn wyborczych zdecydowanie chętniej poszli w 1922 roku mieszkańcy Polski centralnej i zachodniej, co obrazuje mapa nr 1. A więc na terenach zdominowanych przez Polaków (ludność polskojęzyczną). Mowa tu o woj. pomorskim, poznańskim, łódzkim, kieleckim, czy warszawskim. W dwóch pierwszych zainteresowanie wyborami przejawiała też mniejszość niemiecka, przy jej większej pasywności na Śląsku. Z kolei w województwach usytowanych pośrodku obywatelski obowiązek spełniła też liczna mniejszość żydowska. Zgoła odmiennie zachowały się narody zamieszkujące północny i środkowy wschód (Litwini, Białorusini), których mobilizacja była niemal dwukrotnie niższa od wyrobionych politycznie polskich Wielkopolan, czy Pomorzan. Najrzadziej w sejmowej batalii uczestniczyli Ukraińcy z Galicji Wschodniej. Ale nie był to, jak w przypadku Białorusinów, problem z ich brakiem świadomości wagi elekcji, czy nie zawsze klarownego dookreślenia narodowościowego. A zastosowania się do bojkotu wyborów, do czego wezwali liderzy większości stronnictw ukraińskich. Ci z przedstawicieli mniejszości, którzy pofatygowali się do urn zagłosowali albo na swoich reprezentantów w ramach WBM, albo poparli listy lewicowe. Najwyższy odsetek głosów na Wyborczy Blok Mniejszości padł w woj. wołyńskim (80 proc.), gdzie w odróżnieniu od galicyjskich Ukraińców, niedawni poddani dynastii Romanowów nie zbojkotowali sejmowej elekcji. Lista WBM cieszyła się też dużą popularnością w woj. nowogródzkim, wileńskim i poleskim (od 25 proc. do 35 proc.). Spore grono sympatyków na kresach wschodnich przyciagnęło PSL „Wyzwolenie” i PPS (Polesie). Polskie głosy powędrowały przede wszystkim do ugrupowania kierowanego przez Stanisława Thugutta, a w mniejszym stopniu do PSL „Piast” (wileńskie i nowogrodzkie) i bloku chadecko-narodowego (Wilno i okolice). Dla ogólnopolskich zwycięzców wyborców z 1922 roku to właśnie Polska pólnocno-wschodnia okazała się prawdziwą piętą Achillesa. O słabości Narodowej Demokracji świadczy fakt, w woj. poleskim tzw. Chjena nie zdecydowała się nawet na wystawienie swojej listy wyborczej. Zgoła inaczej sytuacja kształtowała się w woj. lwowskim, tarnopolskim i stanisławowskim. WBM przyciągnął uwagę co piątego głosującego tylko w tym ostatnim. Śladowe poparcie wśród aktywnych polskich wyborców miało PSL „Wyzwolenie”. Nieco lepiej sytuacja przedstawiała się w przypadku PPS. Za to większość Polaków wskazywała na PSL „Piast” i Chrześcijański Związek Jedności Narodowej. Pasywność wyborcza galicyjskich Ukraińców sprawiła, że co drugi głos ze lwowskiego, i stanisławowskiego powędrował do partii centroprawicowych. Jeszcze korzystniej wyglądała sytuacja w woj. tarnopolskim, gdzie dwóch na trzech głosujących wybrała reprezentantów list niezwiązanych ani z lewicą, ani z mniejszościami narodowymi.

Niekatolicy nie lubią prawicy

W okresie II Rzeczypospolitej jeden na trzech obywateli określał siebie, jako „nie-katolika”. Zwarte skupiska mniejszości religijnych zamieszkiwały wschód (prawosławni Białorusini, prawosławni i uniccy Ukraińcy), centrum (Żydzi wyznania mojżeszowego) i zachód (ewangeliccy Niemcy) kraju.

Wskazanie, z kim sympatyzowali politycznie i na kogo głosowali w wyborach między 1919 a 1939 rokiem, nie stanowi z reguły większego problemu. Zdecydowana większość wspierała partie i koalicje partii mniejszości narodowych, w mniejszym stopniu formacje lewicowe (PSL „Wyzwolenie, PPS, komunistów z przybudówkami), a w latach 30-tych sanacyjny BBWR i OZN. O wiele bardziej złożony problem dotyczy sytuacji po 1989 roku. W dużej mierze jest to efekt zdarzeń, które miały miejsce w trakcie, bądź po zakończeniu II wojny światowej. Zagłada Żydów, pojałtańskie przesunięcia granic, wysiedlenie Niemców, wymiana ludności między Polską a Ukrainą, czy operacja „Wisła” to elementy, które spowodowały, że przez cały okres PRL i III RP pozostajemy w dużej mierze społeczeństwem jednolitym konfesyjnie. Tylko niecałe 3 proc. populacji, co daje w liczbach bezwzględnych około milion obywateli, deklaruje inną wiarę niż rzymski katolicyzm. Oznacza, że określenie preferencji wyborczych dla statystycznych 500 tysięcy prawosławnych, prawie 140 tysięcy protestantów, czy 90 tysięcy unitów w ostatnim ćwierćwieczu jest mocno ograniczone. W układzie przestrzennym, bowiem, w miarę jednolite religijnie, pozostają tylko dwa obszary Polski. Pierwszy dotyczy pięciu powiatów południowo-wschodniej części województwa podlaskiego. Tu zamieszkuje według różnych szacunków od 70 do 200 tysięcy, a realnie nie więcej niż 100 tysięcy wyznawców prawosławia. Są oni skupieni w parafiach dwóch diecezji: białostocko-gdańskiej i warszawsko-bielskiej. Stanowią zdecydowaną większość w powiecie hajnowskim, prawie połowę w bielskim i nieco mniej w siemiatyckim. W stolicy regionu – Białymstoku – co piąty mieszkaniec określa siebie, jako prawosławny. W powiecie białostockim ziemskim i sokólskim jest to, co ósma-dziewiąta osoba. Drugi obszar znajduje się na Śląsku Cieszyńskim. Przede wszystkim w powiecie cieszyńskim, a w mniejszym stopniu w powiecie bielskim (ziemskim i grodzkim), które zamieszkuje około 42 tysięcy wyznawców kościoła ewangelicko-augsburskiego. Duże skupiska  luteran to takie gminy jak: Brenna, Chybie, Dębowiec, Haźlach, Skoczów, Strumień i Ustroń. Ponad połowę stanowią oni w gminie Goleszów, a w Wiśle i okolicach aż 80 proc.

W pół-demokratycznych wyborach do Sejmu z czerwca 1989 roku kandydatów zgłosił Prawosławny Komitet Wyborczy. Lista popierana była przez Cerkiew oraz Unię Chrześcijańsko-Społeczną – najbardziej „ekumeniczną” religijnie organizację w ramach ówczesnego PRON. Osoby wyznania prawosławnego startowały też do parlamentu z listy białoruskiej oraz jako niezależni, przy wsparciu PZPR. Łączny wynik dla trzech wymienionych opcji zamknął się na poziomie 43 tysięcy głosów. Rok później w wyborach prezydenckich absolutnym faworytem podlaskich prawosławnych był Włodzimierz Cimoszewicz, ówczesny kandydat lewicy postkomunistycznej. Już w pierwszej turze głosowania w siedemnastu gminach na „krajana” wskazał, co drugi wyborca. Przy czym w najtwardszym jądrze prawosławia było to trzech na czterech głosujących. Stąd nietrudny do odgadnięcia wynik drugiej tury, który w pasie prawosławnym dał olbrzymi sukces Stanowi Tymińskiemu. W gminie wiejskiej Bielsk Podlaski oraz Czeremsze, Gródku, Kleszczelach, Milejczycach, Narwi, Narewce, Nurzcu-Stacji peruwiańskiego Polonusa widziało w funkcji prezydenta dwóch na trzech głosujących. W Czyżach, Dubiczach Cerkiewnych, Hajnówce i Orli było to aż dziewięciu na dziesięciu. Lewicowość wyznawców prawosławia potwierdzony został w kolejnych głosowaniach w latach 90-tych XX wieku. W 1991 roku w prawie dwudziestu gminach poparcie dla SLD przekroczyło 30 proc., a w ośmiu aż 50 proc. Wysoki odsetek wskazań miała też lista Komitetu Wyborczego Prawosławnych, dla którego poparcie w południowo-wschodniej części Podlasia nie spadło poniżej 10 proc. Dwa lata później swoją pozycję wzmocniła lewica. W siedmiu gminach z przewagą ludności prawosławnej wynik SLD był dwukrotnie, a w ośmiu nawet trzykrotnie wyższy niż w skali kraju. Z reguły dwucyfrowy wynik na tych terenach zdobyła lista prawosławno-białoruska. Aleksander Kwaśniewski wygrał pierwszą turę wyborów w 1995 roku już w osiemnastu gminach prawosławnych. W czternastu z nich druga tura zakończyła się dla ówczesnego lidera SdRP wielkim sukcesem, a w połowie z nich wskazania na Kwaśniewskiego dotyczyły dziewięciu na dziesięciu głosujących. W elekcji z 1997 roku w omawianym obszarze zwyciężył SLD, któremu w dziewięciu gminach zaufał, co drugi wyborca. Ubiegający się o reelekcję Aleksander Kwaśniewski zmiażdżył rywali na prawosławnym Podlasiu. Aż w dwunastu gminach otrzymał ponad 80 proc. wskazań. Tu także rok później SLD zapisał na swoim koncie wynik ponad 50 proc. Słabnąca w skali ogólnopolskiej lewica Leszka Millera, poddana weryfikacji do euro parlamentu w 2004 roku, odnotowała spadek popularności także w południowo-wschodniej części Podlasia. Tu zwycięzcą elekcji, w wielu miejscach okazała się Samoobrona. SLD musiał często zadowolić się drugą, a nawet trzecią pozycją (za Unią Wolności). Sporo sympatyków znalazła też SDPL Marka Borowskiego. W maratonie wyborczym z 2005 roku, pomimo sporego poparcia dla lewicy, bardzo dobry wynik otrzymała po raz drugi Samoobrona. Do gry o głosy prawosławnych włączyło się też PSL i SDPL. Oni też następcę Kwaśniewskiego widzieli w Andrzeju Lepperze, a w mniejszym stopniu Donaldzie Tusku i Marku Borowskim. W konfrontacji Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim prawosławne głosy powędrowały do tego pierwszego. Nowa polaryzacja na osi Polska solidarna – Polska liberalna nie objęła swym zasięgiem południowo-wschodniego Podlasia w wyborach 2007 i 2009 roku. Głosy prawosławnych rozkładały się w miarę równomiernie między PO, SLD (Lewicę i Demokratów) oraz PSL, choć swoją pozycję z głosowania na głosowanie wzmocniło ugrupowanie Donalda Tuska. Ten ruch z lewicy do centrum znalazł swoje potwierdzenie w wyborach prezydenckich z 2010 roku. W pierwszej turze wyraźnie, a w drugiej bezapelacyjnie triumfował wśród wyznawców prawosławia Bronisław Komorowski. Rok później w prawosławnym „bastionie” – w powiecie hajnowskim SLD nieznacznie pokonało PO, a ponad przeciętnie wypadł Ruch Palikota. W pozostałych gminach południowo-wschodniego Podlasia głosy padły głównie na centrum i lewicę, czyli PO, PSL, SLD i RP.

Ewangelicy ze Śląska Cieszyńskiego obdarzyli ponad przeciętnym zaufaniem w pierwszych wyborach prezydenckich (1990) Włodzimierza Cimoszewicza, Tadeusza Mazowieckiego i Stana Tyminskiego. Ten ostatni wygrał drugą turę z Lechem Wałęsą w Wiśle i Goleszowie. Rok później w wyborach sejmowych dobrze radziły sobie: Unia Demokratyczna, Kongres Liberalno-Demokratyczny i Sojusz Lewicy Demokratycznej. O wielkim sukcesie mogli też mówić liderzy listy Unii Chrześcijańsko-Społecznej/Ruchu Chrześcijańsko-Społecznego. Choć w skali kraju nie osiągnęła ona nawet 1 proc. głosów w Dębowcu, Haźlachu, Jaworze i Ustroniu wskazał na nią, co dziesiąty, w Goleszowie, co czwarty, a w Wiśle, co trzeci wyborca. W 1993 roku protestancie głosy powędrowały głównie do SLD, UD i KLD. Choć ta ostatnia partia nie przekroczyła pięcioprocentowego progu w skali kraju w Wiśle wskazał na nią, co ósmy głosujący. Rywalizację o prezydenturę na swoją korzyść Aleksander Kwaśniewski rozstrzygnął już w pierwszej turze w Goleszowie i Wiśle. Dobry wynik odnotował w Dębowcu, Jaworze, Haźlachu, Skoczowie, czy Ustroniu. Podobnie jak ówczesny kandydat Unii Demokratycznej Jacek Kuroń. Zwycięzcą drugiej tury w protestanckim pasie dawnego województwa bielskiego został Kwaśniewski, a najwięcej głosów (80 proc.) padło na niego w Wiśle. Dwa lata później cieszyńscy luteranie chętnie wskazywali na Unię Wolności i SLD. W Cieszynie, Wiśle i Ustroniu powstałą z połączenia UD i KLD sympatią obdarzył, co trzeci głosujący. Połowę głosów w Goleszowie i Wiśle zgarnęła lewica. Nie powinno za tym dziwić ponad 60 proc. wskazań oddanych na Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach z 2000 roku. W Wiśle, podobnie jak pięć lat wcześniej czterech na pięciu mieszkańców gminy powiedziało „tak” dla jego reelekcji. Połowa głosów powędrowała rok później w pasie protestanckim do SLD. Zdecydowanie powyżej średniej partia ta uplasowała się w Wiśle, Dębowcu, Ustroniu i Goleszowie w 2005 roku. Po dwucyfrowy wynik sięgnęła SDPL Borowskiego. Większy odsetek wyborców przesunął się też ku Platformie Obywatelskiej. To jej kandydat Donald Tusk wygrał wybory prezydenckie na Śląsku Cieszyńskim, zdecydowanie w gminach protestanckich. Tam także przyspieszone wybory z 2007 roku zakończyły się pomyślnie dla partii Tuska. Wciąż głosujących łaskawym okiem spoglądało na lewicę. W 2010 prezydenturę wśród protestantów zapewnił sobie już w pierwszej turze Bronisław Komorowski. W drugiej jego wynik w Goleszowie, czy Wiśle był na poziomie wcześniejszych rezultatów Aleksandra Kwaśniewskiego. Wybory sejmowe z przed dwóch lat zakończyły się także na Śląsku Cieszyńskim wyraźną wygraną PO. W Goleszowie dobrze wypadł Ruch Palikota. Tam, podobnie jak w Ustronie na formację Tuska wskazał, co drugi wyborca, a w Wiśle siedmiu na dziesięciu głosujących.

Co łączy mieszkańców gminy Orla, Dubicze Cerkiewne, Goleszów, czy Wisłę? We wszystkich wymienionych oraz w innych do nich przylegających konsekwentnie od prawie ćwierć wieku nie ma akceptacji dla kandydatur i partii centroprawicowych. O ile prawosławne Podlasie od 1989 roku aż do 2004 roku ponad przeciętnie wspierało lewicę, o tyle u cieszyńskich protestantów część głosów z puli wędrowała do formacji centrowo-liberalnych. Po zmianie układu sił na scenie politycznej i wykształceniu się polaryzacji na osi PO – PIS prawosławni, nieco wolniej niż protestanci otwierali się na pierwszą z nich, powstałą lukę zabudowując sympatiami dla innych ofert na lewo od centrum. Niechęć do partii akcentujących kwestie narodowe (prawosławni Białorusini) i konserwatywno-katolickie (prawosławni i luteranie cieszyńscy) wydaje się w pełni uzasadniona. I nie jest to zjawisko, które zaimplantowało się wyłącznie na polskim gruncie. Obronę, służącą bezpieczeństwu swojego mniejszościowego bytu (podwójnego dla prawosławnych z Podlasia), jedna i druga grupa upatruje wśród ofert odwołujących się do postaw integracyjnych o charakterze ponapaństwowym (Unia Europejska) oraz tolerancji religijnej i przestrzegania zasady równości dla wszystkich konfesji. Na szczeblu regionalnym mamy zaś rywalizację między „nie-katolicką” mniejszością, a katolicką i z reguły mocno zwróconą ku centroprawicy większością. Wśród średniego i starszego pokolenia prawosławnych i protestantów może, zatem dominować chęć „odróżnienia się” od katolickich sąsiadów. Młodymi wyborcami mniejszości religijnych mogą kierować już inne względy. Choćby modna w wielkich aglomeracjach (miejsce studiów i poszukiwania pracy), mainstreamowa „polityczna poprawność”. Czyli omijanie szerokim łukiem wszystkiego, co tradycyjne, konserwatywne i katolickie przez młodych rodem z pełnej żubrów Hajnówki, czy z kojarzonej w ostatnich latach z naszym najwybitniejszym skoczkiem – Wisły.

„WG”, marzec 2014

Włoski ruch pięciu gwiazd

Gdy w 1991 roku, powołana ad hoc Polska Partia Przyjaciół Piwa, zdobyła w wyborach parlamentarnych 3,3 proc. głosów, wprowadzając na Wiejską 16 posłów, wielu komentatorów nie potrafiło ukryć dziwienia. PPPP zdołała wyprzedzić wiele komitetów, z kompleksową ofertą programową, na czele, których stali znani politycy. Także niektórzy analitycy w Europie, zajmujący się częścią środkowo-wschodnią naszego kontynentu, odwołując się do przykładu polskich piwoszy, mówili o niedojrzałości społeczeństw postkomunistycznych i skłonnościach do popierania ruchów populistycznych.

Tymczasem ostatnie lata przynoszą szereg dowodów na to, że otwartość na „buntowników” i „antyestabishmentowców” rozwija się w najlepsze w krajach o ugruntowanej demokracji, to nie tylko w Europie. Nim wielki sukces odniósł w 2013 roku Ruch Pięciu Gwiazd, jego założyciel Beppe Grillo mógł sięgnąć do archiwów i odnaleźć historię Kanadyjskiej Partii Nosorożców, działającej w Quebecu od 1968 r. aż do początków lat 90. Przeszła ona do historii, jako „najgłupsza inicjatywa polityczna świata”. Przypomnieć warto, że jej członkowie twierdzili z przekonaniem, że nosorożec z zoo w Montrealu świetnie się nadaje na symbol ruchu, bowiem jest powolny, tępy i potrafi szybko uciekać – tak jak politycy Partia Nosorożców nigdy nie odniosła w wyborach większego sukcesu, ale przez lata wprowadziła do kanadyjskiej polityki sporo absurdu. To z ust jej działaczy padały propozycje, by uczynić walutą Kanady gumę balonową, wywołać wojnę kanadyjsko-belgijską o małże, uchylić prawa grawitacji, czy zrównać Góry Skaliste z poziomem morza ziemią. Najwięcej sympatyków Partii Nosorożców było oczywiście wśród ludzi młodych. To ta generacja także była filarem tej formacji. A po kłótniach i sporach, niektórzy z nich kontynuowali działalność między innymi w Partii Cytrynowej i Partii Absolutnie Absurdalnej. Inny, bliższy Polsce przykład pochodzi z Danii, gdzie od 1979 r. oficjalnie działał Związek Uczciwych Obiboków, założony przez komika Jacoba Haugaarda. Wystartowali z programem, by piwo i kiełbasa były dostępne gratis dla wszystkich. Chcieli zatroszczyć się też o ptaki, którym miał przysługiwać darmowy chleb w karmnikach. W 1994 r., dzięki 20 tys. głosów, Obiboki dostały się do parlamentu. Wyczyn lidera partii Haugaard i jego kompanów okazał się, co prawda tylko jednorazowy, ale cała sytuacja, co jeszcze raz warto przypomnieć, miała miejsce raptem trzy lata po „wyczynie” PPPP w naszym kraju. Komizm, łączony z populizmem dotarł też nad Tamizę. Showman estradowy, satyryk i muzyk Lord Sutch, był twórcą organizacji o nazwie Official Monster Raving Loony Party. Lord Sutch postulował między innymi przeprowadzenie reformy kalendarza i wyrzucenie z niego stycznia i lutego. Do parlamentu próbował wprowadzić reprezentację kilkadziesiąt razy. W końcu popełnił samobójstwo, będąc w głębokiej depresji. Przez lata był jednak obiektem zainteresowania mediów i magnesem przyciągającym znużonych stabilizacją systemu politycznego Wielkiej Brytanii. Sięgając jeszcze raz poza Europę nie sposób pominąć australijskiej Partii Seksu. Ta założona w 2008 roku formacja, domagała się od państwa przyzwolenia na nieograniczony dostęp do cielesnych uciech dla wszystkich. Szefuje jej do dziś Fiona Patten, a partia z wyborów na wybory zyskuje coraz więcej głosów. I w końcu, poprzedzająca włoski Ruch Pięciu Gwiazd, inicjatywa z Islandii. Gdzie wielki sukces wyborczy odniosła Najlepsza Partia. W 2010 roku w wyborach lokalnych w stołecznym Reykjaviku otrzymała, co trzeci głos. Na jej czele, co ma bezpośredni związek z Grillo, zawodowi komicy i cyrkowi klowni. Szefem pozostaje Jon Gnarr. W kampanii postulowali między innymi darmowe ręczniki dla każdego oraz uwolnienie parlamentu od narkotyków. Jednak najbardziej zabawna była obietnica ocieplenia klimatu na wyspie, tak by w nieodległej przyszłości mogły na niej rosnąć palmy i owoce cytrusowe.

I tak oto docieramy do Włoch i 4 października 2009 roku, gdzie popularny komik i bloger Beppe Grillo założył Partię / Ruch Pięciu Gwiazd (M5S). Wszystko zaczęło się od rosnącej popularności jego strony internetowej. Potem była mobilizacja niezadowolonych. Wiece w różnych częściach Włoch pod hasłami walki z korupcją, umiarkowanego euro sceptycyzmu, dużej dawki populizmu, a przede wszystkim piętnowania klasy politycznej od lewicy do prawicy. To ostatnie nie było zdaniem trudnym, biorąc pod uwagę skostnienie systemu, najpierw od okresu powojennego do początku lat 90-tych, a potem po przemeblowaniu przez kolejne dwie dekady i wyniszczającym się wzajemnie duopolem centroprawicy Berlusconiego i różnej maści lewicy, w tym postkomunistów. W rok po powstaniu Ruch Pięciu Gwiazd wystartował w wyborach regionalnych. Nie odniósł wielkiego sukcesu, acz w niektórych częściach Włoch zdołał wprowadzić swoich przedstawicieli na różnych szczeblach władzy lokalnej. Lepiej było dwa lata temu, kiedy to między innymi w Parmie burmistrzem został człowiek Grillo. Dobry wynik M5S osiągnął, w słynącej z korupcji i niejasnych powiązań na styku polityki i gospodarki, Sycylii. To wszystko dało przysłowiowego kopa całemu Ruchowi, który wszedł w kampanię, poprzedzającą wybory do Izby Deputowanych i Senatu, z regularnym kilkunastoprocentowym poparciem. Był, obok listy Berlusconiego, lewicy Bersaniego, koalicji ustępującego premiera Mario Montiego, czwartym podmiotem realnie liczącym się o mandaty. Im bardziej zwalczała się konkurencja Ruchu, zjednoczona wyłącznie w ataku na Grillo, tym rosło poparcie dla jego oferty. Co czwarty głosujący, wskazał na Ruch Pięciu Gwiazd, co przełożyło się na 50 mandatów w Senacie i ponad 100 w izbie niższej włoskiego parlamentu. U zwolenników ten wynik był powodem to entuzjazmu i nieukrywanej satysfakcji, że w końcu udało się „dokopać” starym partiom. Te ostatnie wpadły w przerażenie mając świadomość, że Grillo dostał tylko nieznacznie mniej niż każda z nich, pomimo niedysponowania infrastrukturą, dostępem do mediów i szeregiem innych elementów ułatwiających partycypację we władzy. Dla jednych do władzy doszli ludzie niepoważni, dla innych jak najbardziej właściwi. Jak to się stało, że człowiek, który wszystko, co powinno być poważne, zamienił na farsę? To pytanie zapewne najbardziej nurtowało szefa bloku lewicy, który zgodnie z sondażami miał wziąć pełnię władzy i odsunąć ekipę Berlusconiego. A tymczasem, mimo braku jakiekolwiek porozumienia o współdziałaniu między centroprawicą a M5S, powyborcza sytuacja Włoch, za sprawą wyczynu Grillo, mocno się skomplikowała. Człowiek, który w kampanii mówił dosadnie o złodziejach, oszustach i nierobach politycznych, wszedł gwałtownie i z przytupem do pierwszej ligi parlamentarnej. Na pewno jego zaletą było to, że to, co mówił, choć wcześniej w łagodniejszej formie, nie narodziło się z dnia na dzień. Od kilku dekad szyderczo opisywał, to, co dzieje się we włoskiej polityce. Sygnałem ostrzegawczym, że ludzie mają dosyć, tego co do tej pory, powinien być dla lewicy i prawicy nad Tybrem rok 2007. Wtedy aż w 220 miastach Grillo z przyjaciółmi zorganizowali demonstracje antyrządowe. Uczestniczyło w nich 2 miliony ludzi. Było to coś, co nie udało się zrobić ówczesnym partiom opozycyjnym. Takiej mobilizacji nie pamiętali najstarsi Włosi. Ale w kampanii, samorządowej i ogólnokrajowej, sięgnął też Grillo po konkrety, które jak żaden inny polityk, potrafił zobrazować. Tak było, kiedy przepłynął wpław cieśninę messyńską, rozdzielającą płw. apeniński od Sycylii. Od dziesiątek lat nie zbudowano tu, choć liczyły on raptem 3 km i z punktu widzenia konstrukcyjnego, nie stanowiłby przeszkody nie do przeskoczenia. Wiedzą o tym Sycylijczycy, wiedzą Włochy kontynentalne. Wyraził to prosto Grillo. Oto, co sam o sobie – komiku powiedział lider M5S w jednym z wywiadów „Włochy to trudne miejsce dla komika. W naszym parlamencie zasiada prawie 80 wszelkiej maści oszustów. Wychodzi więc, że ściemniaczem jest jeden na 12. To lepszy wynik niż w Scampii, najgorszym ze slumsów Neapolu, gdzie według statystyk przestępcą jest zaledwie, co 15. mieszkaniec”. Bunt przeciwko całej klasie politycznej wypalił. Ludowy trybun, wspomagany milionami głosów, zagrał na nosie „poważnym” politykom. A było mu łatwo, bo aby zrozumieć fenomen Grilla, warto spojrzeć na dane dotyczące gnębiącego Włochy kryzysu. Dziennik „La Repubblica” pisał niedawno, że kraj cofnął się o 30 lat. I wyliczał: roczny dochód przeciętnej rodziny jest o 5 tys. euro mniejszy niż cztery lata temu: sprzedaż samochodów spadła do poziomu z 1979 r., na ubrania Włosi wydają tyle, ile w latach 80., na jedzenie tyle, ile 15 lat temu. Do tego kompletnie załamał się rynek nieruchomości. Gleba dla komizmu, łączonego z populizmem, choć dla wielu z realizmem, była jak najbardziej odpowiednia. „Ich” kryzys”, przyczynił się do „jego” sukcesu.

Miał być i był w kampanii taki sam, jak ludzie. Bez zadęcia, garnituru i drogiego krawatu. Za to w dżinsach, trampkach i zwykłej koszuli. Swój człowiek z knajpy, gdzie za resztkę z portfela można się napić małej czarnej lub coś nieco bardziej procentowego. Sam wzrastał w atmosferze wszechobecnej korupcji, w portowej Geniu. Gdzie władza i kombinatorzy tworzyli często jedność. Mógł to zaakceptować, mógł walczyć, ale wybrał bycie artystą.  Grał, śpiewał, obserwował i parodiował. Wyłowiony nowy talent trafił w połowie lat 70-tych do państwowej telewizji.      Szybko zdobywał popularność od północy na południe. Ale, gdy mówił co raz ostrzej, nie wszystkim to się musiało podobać. Szczególnie nielubiany był przez liderów włoskich socjalistów, podtrzymujących większość w parlamencie z chadekami i zmieniających się na urzędach co kilka miesięcy. Widział, że nadchodzi kres „starego układu”, a tworzy się „nowy”. Szybko dostrzegł, że dla przeciętnego Włocha nic się nie zmieniło. Po głowie chodził mu już wtedy pomysł „pójścia na zwarcie” z politykami. Na to jednak, by zaistnieć, jako „polityk” musiał zaczekać prawie dwadzieścia lat. Ale jego wejście, okazało się być z przysłowiowym „wielkim przytupem”. Najmniej chętnie na komika głosowano w Południowym Tyrolu, ale tam od lat sukces odnoszą regionaliści, pozostający w koalicji z centrolewicą. Ale wynik na Sycylii musiał i musi budzić do dziś respekt. Co trzeci głosujący wskazał na M5S. „Gwiazdy” w ujęciu regionalnym miały trzy bastiony. Na południu wspomniana Sycylia z Sardynią. Środek z rzymskim Lazio, aż po północny-zachód z kolebką Grillo – Ligurią. Wszystkie wyróżnione na mapie 1 kolorem ciemniejszym. Oznaczało to tyle, że w pięciu regionach M5S zebrał największą liczbę głosów, co ilustruje kolor żółty na mapie 2. Zwycięska lewica miała tych regionów osiem, a centroprawica Berlusconiego siedem. W prowincjach i gminach widoczne było jeszcze większe rozwarstwienie poparcia, w których głosowanie na formację Grillo zakończyło się sukcesem. I tak rzecz dotyczyła niezbyt dużych acz zróżnicowanych sympatii na Sycylii i Sardynii (ze słabszą północą), czy środkowych Włoch, z wynikiem „in plus” w pasie nadmorskim. W końcu na północy, także z niższą akceptacją wśród wyborców „lądowych”. Co także dobrze obrazuje mapa 3, 4, 5 i 6 ze zwycięzcami elekcji do Izby Deputowanych w układzie prowincji i gmin. Wejście Grillo i jego listy do wielkiej polityki nie mogło odbyć się bez ubytku pozostałych uczestników gry. Warto przypomnieć, że wybory w 2008 roku zakończyły się zwycięstwem bloku Berlusconiego, który zebrał 47 proc., przy 38 proc. lewicowej konkurencji. Po pięciu latach jedni i drudzy musieli się zadowolić 60 proc. Duża cześć niezadowolonych, która poparła M5S wywodziła się właśnie z elektoratu dwóch gigantów. Widać to na mapach 7, 8, 9 i 10, a arytmetycznie i terytorialnie odpływ w większym stopniu nastąpił na styku centroprawica – Ruch Pięciu Gwiazd. Widać to i na Sycylii Sardynii, w pasie centralnym i na nadmorskiej północy. Lewica musiała też oddać nieco pola w środkowych Włoszech i w części południowej półwyspu.

Przy statystyce, dotyczącej wyborów 2013 roku koniecznie warto jeszcze rzucić okiem na zestawienie pokazujące wiek wybranych parlamentarzystów. Młody elektorat wsparł młodych kandydatów, co oznacza, że największe i najbardziej widoczne niezadowolenie ze sposobu prowadzenia spraw wyrazili młodzi Włosi, niewidzący różnicy między, formalnie rywalizującymi o władzę blokami na lewo i prawo od centrum. „Najstarsi” posłowie M5S mieli w dniu wyboru nie więcej niż 40 lat, a najmłodsi 26. Jednym z pierwszych posunięć parlamentarzystów M5S, zgodnie z przedwyborczą zapowiedzią, była częściowa rezygnacja z uposażeń, wynoszących wraz z dodatkami 10 tysięcy euro. Jego wdrożenie nie było jednak łatwe. Część posłów ociągała się z wykonaniem obietnicy z kampanii, co spowodowało bezpośrednią interwencję lidera Beppe Grillo. Warto dodać, że nie zasiada on we włoskim parlamencie i nie kandydował w wyborach. Ograniczanie przywilejów władzy M5S zaczęło od siebie, co zostało przez jego przeciwników politycznych określone mianem „szczytu populizmu”. Ostatecznie, po długiej dyskusji, posłowie Ruchu zdecydowali o zatrzymaniu w kieszeniach przysługujących im diet, ale za to o ograniczeniu do minimum bieżących wydatków związanych ze sprawowaniem mandatu. W tym samym czasie okrzepła już wielka koalicja zawiązana między lewicą a prawicą, co zdawało się być rozwiązaniem po myśli M5S. Mówił o tym Grillo pokazując, że dla obrony przywilejów i zagwarantowania w prowadzeniu rozmaitych „ciemnych” interesów, podziały ideologiczne nie mają większego znaczenia. Ale pierwsza rysa, po nie do końca satysfakcjonującej decyzji o ograniczeniu kosztów działalności posłów i senatorów, powstała w relacjach ugrupowania z jego wyborcami-sympatykami. Była ona jednym z powodów, oprócz narastających podziałów, co do przyszłości, czy mało budującej i nie-merytorycznej aktywności parlamentarzystów M5S, porażki tego ugrupowania w niedawnych wyborach samorządowych. Na szczeblu gmin Ruch nie wprowadził swojej reprezentacji, a wybory odbywały się aż w 500 miejscowościach. Do wzięcia były miejsca w radach i fotele burmistrzów, a tylko w Assemini na Sardynii, kandydat popierany przez M5S wszedł do drugiej tury. Pozostali przepadli z kretesem. Zdaniem obserwatorów Grillo staje się dla coraz większej grupy Włochów coraz bardziej monotematyczny i nudny. Jego dowcipy, które porywały i mobilizowały do walki – nie śmieszą. We wszystko wkrada się niewidziana dotychczas nerwowość, granicząca z desperacją. Co gorsza Grillo, podsumowujący, gwałtowny odwrót o d swojego pomysłu politycznego, zaczął obwiniać za ten stan rzeczy swoich rodaków. Zaczął, więc mówić językiem tych, których przez lata ośmieszał i zwalczał. Zamiast rewolucji i przygotowania do marszu po zdobycie Rzymu, obserwujemy gwałtowny odwrót elektoratu. Ruch, który miał rozliczać z marnotrawstwa innych, sam zaczął czerpać z owoców władzy, co zauważyło wielu tych, którzy mniej lub bardziej otwarcie wspierali Grillo. Dostrzegają to także najwięksi gracze nad Tybrem. I lewica i prawica wiedzą, że na odchudzaniu Ruchu oni mogą się pożywić, a zwłaszcza Drzewo Wolności Berlusconiego. Do tego doszło w ostatnim czasie szereg posunięć Grillo, które mogą zaważyć na tym, że jego inicjatywa może okazać się – zgodnie z nazwą – gwiazdą, ale jednego politycznego sezonu. Lider M5S krytykowany jest za abstrakcyjny pomysł powierzenia jego ludziom misji stworzenia rządu, w sytuacji kiedy posiada on mniejszościowe zaplecze parlamentarne dla tego rozwiązania. Do tego dochodzi jeszcze niezrozumiały bojkot mediów przez Grillo, wyłączne komunikowanie się z otoczeniem przez Internet i dyktatorski styl rządzenia Ruchem. To dużo, jak na tak krótki okres dzielący nas od wyborów.

Najbliższe miesiące rozstrzygną o „być albo nie być” Ruch Pięciu Gwiazd. Jeśli obie wielkie partie dojdą do wniosku, że warto sprowokować konflikt w koalicji. Następnie poddać się weryfikacji w przedterminowych wyborach, dwubiegunowy podział na silną centroprawicę i centrolewicę, bez nadzorujących młodych ludzi z M5S, może się opłacić Bersaniemu, Berlusconiemu, a w mniejszym stopniu Montiemu, który na kryzysie Grillo, ma szansę stać się języczkiem u wagi nad Tybrem. Włosi mogą pójść wg scenariusza austriackiego, gdzie po wyskoku z przełomu wieków haiderowskiej Partii Wolności, od dekady wszystko wróciło w stare koleiny. Rządzą chadecy i socjaldemokraci, a niegdyś wielcy, a teraz podzieleni i skłóceni wolnościowcy z nad Dunaju, z łezką w oku wspominają czasy swojej świetności, popularności i możliwości. Z tą różnicą na „minus” dla Grillo, że posthaiderowcy, starają się niezbyt udolnie, ale jednak naśladować zmarłego ex lidera, który był o wiele bardziej merytoryczny, a mniej komiczny od szefa M5S. Populizm bez komizmu może więcej? Takie wnioski nasuwają się w roku, w którym wielkie zamieszanie we Włoszech i wystrzał Ruch Grillo, może mieć swój początek, a zarazem koniec. W majowych eurowyborach „gwiazdy” czeka bardzo poważny sprawdzian.

Endeckie Wilno Piłsudzkiego

W 2005 roku w trzech powiatach z przewagą „lądowych Kaszubów” zwyciężył, ku zaskoczeniu samego Donalda Tuska – Lech Kaczyński. Jak niewdzięczni i kapryśni mogą być wyborcy z matecznika przekonał się niejeden polityk II i III RP.

Jan – brat Józefa

Większości z nas Wilno kojarzy się z Ostrą Bramą, Uniwersytetem Stefana Batorego, czy Kaziukami. Miasto i region to także szczególne miejsce związane z osobą Józefa Piłsudskiego. W 1867 roku w Zułowie, przy obecnej granicy litewsko-białoruskiej, urodził się przyszły Naczelnik Państwa. W Wilnie ukończył gimnazjum. Tu rozpoczął antycarskie „spiskowanie”. Dopełnieniem związku Piłsudzkiego z Wileńszczyzną było złożenie, w grobie matki, jego serca na Rossie, w maju 1936 roku. A jednak mieszkańcy ukochanego Wilna i ziemi wileńskiej, szczególnie w pierwszej dekadzie po odzyskaniu niepodległości, dalecy byli od entuzjazmu dla formacji sympatyzujących z szeroko rozumianym obozem Marszałka. Pokazały to już pierwsze wybory do Sejmu Litwy Środkowej, które odbyły się w styczniu 1922 roku. Spośród 106 mandatów aż 43 przypadły Polskiemu Centralnemu Komitetowi Wyborczemu. Była to koalicja ugrupowań prawicowo-narodowych, w skład której wchodził między innymi Związek Ludowo-Narodowy oraz Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy. Mniej, bo 34 mandaty przypadły liście Rad Ludowych, utworzonej przez pro piłsudczykowskie Towarzystwa Straży Kresowej. PSL Ziemi Wileńskiej, czyli regionalna mutacja „Piasta”, wprowadziło do Sejmiku 13 posłów. Chjenopiast dysponował, więc łącznie 56 mandatami, o trzy powyżej bezwzględnej większości. Pojedyncze mandaty przypadły PSL „Wyzwolenie”, PSL „Odrodzenie” i socjalistom. Polskie Stronnictwo Demokratyczne, którego jednym z liderów był brał Józefa Piłsudskiego – Jan, musiało zadowolić się tylko 4 mandatami. Znane nazwisko i koligacje, jak widać nie pomogły. Niewiele zmieniło się w wyborach parlamentarnych z listopada tego samego roku. W okręgu obejmującym Wilno oraz Wilno-Troki niemal, co trzeci głos otrzymał Chrześcijański Związek Jedności Narodowej. W Wilnie było to 45 proc. do Sejmu i aż 55 proc. do Senatu. Rywalizację o głosy na wsi ponownie wygrał koalicjant narodowych-demokratów na Wiejskiej – PSL „Piast”. Tylko, co jedenasty głos powędrował zaś, do kojarzonego z Naczelnikiem, Państwowego Zjednoczenia na Kresach i Związku Rad Ludowych. Najlepiej obie listy wypadły w jego rodzinnym powiecie święciańskim, ale i tak łącznie poparcie dla nich zamknęło się na poziomie 12 proc. Wileńszczyznę w Sejmie i Senacie reprezentowali narodowcy, socjaliści oraz ludowcy z „Piasta” i „Wyzwolenia”. Zabrakło zaś miejsca dla ludzi bliskich Piłsudskiemu.

Wschodni bastion narodowców

W kolejnych wyborach w 1928 roku, mających mniejszy od poprzednich element nieskrępowania, w Wilnie BBWR otrzymał 35 proc., ale na drugim miejscu znalazła się Lista Katolicko-Narodowa z 22 proc. głosów. Dzięki czemu prawica narodowa zdobyła jeden mandat poselski. Jedyny w okręgu w całości położonym po za obecnymi granicami Polski. Jej reprezentantem został były wicemarszałek w izbie niższej Aleksander Zwierzyński. Wyborcy z Wilna i okolic w kolejnych wyborach z 1930 roku obdarzyli, co prawda największym zaufaniem BBWR (57 proc.), ale był to najsłabszy wynik formacji obozu piłsudczykowskiego na kresach północno-wschodnich. W tym okręgu oraz w północnych i  środkowych powiatach województwa wileńskiego na wystawienie listy zdecydowali się narodowi-demokraci. I kolejny raz najlepiej wypadli w Wilnie, zbierając, co piąty głos i wprowadzając jedynego sejmowego reprezentanta endecji z kresów. A tu o głosy prawicowych wyborców po 1926 roku walczyć narodowcom nie było łatwo. Trzeba bowiem pamiętać o przejściu do obozu piłsudczykowskiego wpływowego, konserwatywnego środowiska „Słowa” i „Żubrów Kresowych”, na czele ze Stanisławem Mackiewiczem. Dodatkowo za sprawą zmiany ordynacji wyborczej, rywalizacja w wyborach z 1935 i 1938 roku dla środowisk innych niż sanacyjne, stała się niemożliwa. Stąd jedynym wskaźnikiem sympatii, bądź antypatii do ówczesnego obozu władzy, wobec wezwań do bojkotu ze strony opozycyjnej centrolewicy i narodowej prawicy, był poziom frekwencji. W dwóch głosowaniach parlamentarnych z drugiej połowy lat 30-tych, województwo wileńskie sprawiło nieco więcej kłopotu nadgorliwej administracji, niż na przykład niesiona ułańsko-legionową fantazją statystyka aktywności ze środkowej części województw kresowych. To, że z tymi Wilniusami nie było tak do końca, jakby sobie tego życzyła „Polska Marszałka” dowodzą choćby ostatnie, przed wybuchem II wojny światowej i utratą Wileńszczyzny, wybory samorządowe z maja 1939 roku. Na 72 miejsca w Radzie Miasta endecja uzyskała 27 mandatów, co stanowiło 38 proc., a sanacyjny i bardziej narodowy od swojego poprzednika BBWR-u – OZON tylko 19. Na trzecim miejscu uplasowały się listy żydowskie, a za nimi socjaliści z PPS. Tak, więc ostatnia wileńska rywalizacja II RP między obozem Piłsudzkiego i Dmowskiego zakończyła się, nie po raz pierwszy, zwycięstwem narodowych-demokratów.

Realizm i działanie, czy federacyjna mglistość?

Żeby zrozumieć sympatie dla endecji wśród mieszkańców największej północno-wschodniej metropolii i jej okolic, trzeba przede wszystkim wziąć pod uwagę czynnik demograficzny. A on sprawiał, że w liczącym 200 tysięcy mieszkańców Wilnie Polaków było około 60 proc. Drugą pod względem liczebności grupę narodowościową stanowili Żydzi (około 30 proc.). Oprócz nich byli też Rosjanie i Litwini. U początków odbudowy niepodległej Polski, kiedy Józefowi Piłsudskiemu i jego współpracownikom, śniły się wciąż mgliste plany federacyjne, realizm endecji w Sejmie Litwy Środkowej, uwidocznił się w konsekwentnym działaniu na rzecz przyłączenia Wileńszczyzny do Polski. Od przegłosowania stosownej uchwały, aż do jej pełnej realizacji. Bez oglądania się na los innych pojagiellońskich sierot. A to z całą pewnością pozostało w pamięci wielu polskich mieszkańców regionu. Do tego dochodziły jeszcze, jakże częste na tych terenach konflikty narodowościowe. Bitwa o handel, odwrócenie niekorzystnych dla Polaków proporcji w wolnych zawodach, czy uczelniane zmagania o polskość. We wszystkich tych obszarach dobrze zorganizowane struktury narodowców wychodziły naprzeciw oczekiwaniom polskich gospodarzy ziemi wileńskiej. Ułatwieniem dla działań narodowych-demokratów był też, widoczny gołym okiem obojętny, a często wrogi stosunek Żydów, Litwinów i Białorusinów do odradzającego się państwa polskiego. Jasno definiowany interes narodowy endecji, był bardziej zrozumiały i akceptowany przez niemałą część polskich wyborców od haseł integracji wieloetnicznego organizmu na gruncie ideologii państwowej. Niechętny sejmokracji Józef Piłsudski, obojętny wobec sympatii politycznych Polaków w środkowej, czy zachodniej części Polski, z całą pewnością interesował się tym, na kogo swój głos w wyborach II RP oddawały drogie jego sercu Wilniusy. A krajanie z pod Ostrej Bramy chętnie wskazywali na tych, z którymi Naczelnikowi Państwa nigdy nie było po drodze.

„WG”, marzec 2014