Projekt Informacyjny Łużyce

Pod koniec maja 2008 roku kierowane przeze mnie Radio Opole zrealizowało projekt informacyjny „Łużyce” o zanikającym narodzie Serbołużyczan, który zamieszkuje środek Europy. W dniu 28 maja Radio wysłało do Budziszyna (stolica Górnych Łużyc) a dzień później także do Chociebuża (stolica Dolnych Łużyc) i Berlina wzmocnioną ekipę dziennikarsko-techniczną wyposażoną w środki komunikacji umożliwiające transfer materiału dźwiękowego do kraju (reportaże, wywiady, […]

Nasi za górami

Wjeżdżając od Piwnicznej na Słowację mijamy po drodze Mniszek, Lubowlę, Gniazda i Podoliniec. Do dziś spotkać tam można Stanisławów, czy Władysławów. Co wyróżnia w nazewnictwie imion męskich północny i środkowy Spisz od innych regionów Słowacji. To nie przypadek. Pomimo woli wielu mieszkanców tego regionu przyłączenia się do odrodzonej po I wojnie światowej Polski, tereny te znalazły się ostatecznie w Czechosłowacji. Nad Wisłą istnieje, choć ograniczona, świadomość posiadania kresów południowych na Zaolziu. O etnicznych związkach z Polską ludności w pasie od ziemi czadeckiej, przez Górną Orawę i wspomnianą pokaźną część Spisza, nie wie prawie nikt. A osadnictwo polskie na tych terenach datuje się już od XIII wieku, choć główna fala przypadła na wiek XVI i XVII. To jedna z odnóg Góralszczyzny, która nie zadowoliła się wyłącznie uprawą ziemi i hodowlą owiec w południowej Małopolsce, ale rozłała się przez góry na obszary dzisiejszych Czech, Ukrainy, Słowacji, a nawet Rumunii i byłej Jugosławii. Jeśli sięgnąć po współczesne nam dane ze spisu powszechnego Urzędu Statystycznego w Bratysławie, to mieszkańców Orawy, czy Spisza deklarujących polskie pochodzenie można policzyć niemal na palcach jednej ręki. Oznacza to więc sytuację w której w ciągu jednego wieku całkowicie miałaby zaniknąć świadomość odrębności narodowej naszych rodaków w północnej części Słowacji. Ale materia jest o wiele bardziej skomplikowama, co podkreślają w opracowaniach nieliczni, nie tylko polscy, znawcy przedmiotu. Wystarczy wziąć choćby pod uwagę bardzo ważny czynnik subiektywny jakim jest język. Nawet dziś, na początku XXI wieku, można przekonać się na własne uszy, że na wsiach w okolicach Starej Lubowli na Spiszu, Namiestowa na Orawie, czy Skalite na ziemi czadeckiej mówi się językiem jeszcze bardziej zrozumiałym dla polskiego ucha, niż i tak pozwalający na dosyć swobodną komunikację – słowacki. Przy czym na Spiszu i Orawie gwary naszych górali wywodzą się z pnia dialektów małopolskich, a na ziemi czadeckiej wykazują podobieństwo do językowego pogranicza małopolsko-śląskiego.

Z pielęgnowaniem polskości na codzień i od święta nie było problemu do przełomu XVIII i XIX wieku. Po pierwsze dlatego, że część z omawianych terenów wchodziła w skład państwa polskiego przez nawet czterysta lat. Po drugie opiekę nad, stanowiącą przytłaczającą większość w struturze społecznej, miejscową ludnością chłopską sprawowali polscy duchowni. I po trzecie wreszcie w polskich rękach pozostawała oświata. Być może sytuacja uległa by zmianie na naszą niekorzyść już wcześniej, gdyby na polskim Spiszu i Orawie zwyciężyła, niezwykle silna w tej części Europy, reformacja. A co za tym idzie wzrosły by wpływy węgierskich i niemieckich panów – protestantów. A tak przetrwał, jakże znany nam z przeszłości i teraźniejszości wyróżnik polskości – katolicyzm. Tolerancyjne przez stulecia wobec Polaków – autochtonów władze węgierskie przystąpiły – słowackimi rękami – do uderzenia w polskie elity. Polskich księży i nauczycieli zaczęli zastępować ich słowaccy odpowiednicy. Administracyjnie włączono naszych rodaków do narodu słowackiego, co nie okazało się trudne w sytuacji chodzących od domu do domu, w trakcie kolejnych spisów powszechnych, słowackich rejentów. Na negatywne skutki postępującej depolonizacji Polaków po drugiej stronie Tatr zwrócili uwagę pod koniec XIX wieku społecznicy z Galicji. To w dużej mierze dzięki ich działalności i zaangażowaniu udało się częściowo otworzyć zasoby lokalnych polskich liderów opinii. A to wystarczyło by na wzór, powstających w wielu miejscach odradzającej się po zaborach Rzeczypospolitej, w Jabłonce na Orawie i w Lubowli na Spiszu powstały Polskie Rady Narodowe. Ich najważniejszym postulatem było przyłączenie zamieszkałych przez nich etnicznie polskich ziem do Macierzy. O przebiegu granicy między Polską a Słowacją miał zdecydować plebiscyt. Ale podobnie jak w przypadku Śląska Cieszyńskiego spotkała nas niezwykle krzywdząca i oderwana od uwarunkowań etnicznych ziemi czadeckiej, Spisza i Orawy decyzja Rady Ambasadorów z 1920 roku. Do Polski przyłączono tylko kilkadziesiąt wsi z nieco ponad dwudziestoma tysiącami Polaków. Podczas gdy po stronie słowackiej miało pozostać aż sześciokrotnie więcej naszych rodaków.

Badaniem polskości tatrzańskich kresów południowych zajmowano się w okresie międzywojennym. Najdokładniej nad materią zagłębił się, w dostępnym do dziś, opracowaniu polski konsul w Ostrawie Karol Ripa w 1933 roku. Nosi ono tytuł „Możliwości pracy uświadamiającej na Słowaczyźnie”. Ripa już na wstępie stwierdza, że „lud polski nie posiada uświadomienia narodowego”. Ale pomimo pozostawania w rozłące z Polską zachował to co najważniejsze – język. Dodając jednocześnie, że „polski charakter górali czadecko-orawsko-spiskich nie ulega w sferach naukowych najmniejszej wątpliwości”, powołując się na opinie Czecha Sembera, czy Słowaków Misika i Cambela. Zdiagnozowana przez tego ostatniego granica żywiołu polskiego pokrywała się z rodzimymi analizami. Słowaccy statystycy pozostali jednak nie ugięci i wedle spisu z 1931 roku tę część państwa czechosłowackiego zamieszkiwało sześć tysięcy Polaków. Ripa w trakcie licznych wyjazdów studyjnych, w samej tylko części ziemi czadeckiej (nr 1 na mapie) ludność polską szacował na nie mniej niż osiem tysięcy (20 proc. ogółu). Zamieszkiwała ona głównie Skalite, Czarne, Czacę (stolica powiatu) i Rakową. Większy liczebnie polski obszar obejmował Górną Orawę (nr 2 na mapie), z miejscowościami w powiecie namiestowskim i trzciańskim. Wraz z tzw. Klinem Zakamiennym miało zamieszkiwać tu od 15 do 20 tysięcy naszych – językowo mazurzących i tym odrózniających się od słowackiego otoczenia – Polaków. Najwięcej, bo 25-30 tysięcy „naszych” przypadało na część północną i środkową nieprzyznanego nam po Wersalu Spisza (nr 3 na mapie). I tak w powiecie starowiejskim polski żywioł liczył sześć i pół tysiąca z nieco ponad siedmiu tysięcy mieszkańców (91 proc.). W powiecie lubowelskim Polacy stanowili połowę ludności, a w kieżmarskim jedną trzecią. Dawało to w sumie około pięćdziesiąt tysięcy Polaków w pasie od Cadcy, przez Orawę po Spisz. Nie licząc obszarów, gdzie nasi rodacy żyli w rozproszeniu. Najwybitniejszy, współczesny znawca problematyki Polaków na Słowacji Marek Skawiński dowodzi, że w zwartych skupiskach w latach 30-tych XX wieku było co najmniej siedemdziesiąt pięć tysięcy naszych rodaków.

Badania terenowe z przed kilku laty, uwzględniające materiały źródłowe z zakresu demografii i geografii ludności posłużyły wspomnianemu już Markowi Skawińskiemu do oszacowania etnicznie polskiej ludności w północnej Słowacji. I tak jego zdaniem na ziemi czadeckiej mieszka około trzydziestu tysięcy osób z rodzimymi korzeniami. To potomkowie zasiedlających te tereny kolonizatorów ze Śląska Cieszyńskiego i górali żywieckich. Językowo są oni w dużej mierze zesłowaczeni. Najlepiej sytuacja przedstawia się z graniczącym z Polską Skalitem. Mocnym argumentem przemawiającym za polskością znacznej części ludności powiatu czadeckiego jest fakt, że część górali wyemigrowała w XIX wieku na południową Bukowinę. Ich potomkowie żyją tam do dziś, w pełni świadomi swoich polskich korzeni. Wystarczy przejechać się do Nowego Sołońca, Pleszy i Pojany Mikuli w okręgu Suczawa. Na ulicy czy w domu mówią poprawną polszczyzną, a nie po słowacku. Właśnie do czadeckich górali na Bukowinie przydałby się wyjazd studyjny tym słowackim statystykom i demografom, którzy utrzymują do dziś nieistnienie polskiego żywiołu w północnej części ich kraju. Dalej idąc od ziemi czadeckiej na wschód ku Górnej Orawie  polskie korzenie powinno mieć około trzydziestu dwóch tysięcy jej mieszkańców. To z kolei potomkowie zasiedleń z ziemi żywieckiej, suskiej, makowskiej i jordanowskiej. W tym  przylegającym do granicy z Polską pasie najlepiej, z omawianych trzech skupisk, prezentuje się kwestia językowa. Innymi słowy asymilacja następuje tu najwolniej. Największym obszarem pozostaje Spisz z ponad czterdziestoma tysiącami rodaków, głównie o korzeniach z sądecczyzny i Podhala. Najlepiej językowo trzymać się mają mieszkańcy Zamagórza Spiskiego (okolice Spiskiej Nowej Wsi). Od ćwierćwiecza rządzący nad Wisłą, od europejskiej lewicy po patriotyczną prawicę, okazują kompletne desinteresment losem Polaków z krajów z nami sąsiadującymi. Może warto zastanowić się nad reaktywacją, działającego w okresie międzywojennym, Towarzystwa Obrony Kresów Południowych? Nieuświadomionym narodowo Polakom na Słowacji, w liczbie co najmniej stu tysięcy, takie obywatelskie wsparcie na arcytrudnej drodze do odbudowania więzi z Ojczyzną, bardzo by sie przydało.

„WG”, styczeń 2015

Czar Platformy mija

– Bolesław Piecha z PiS wygrał w wyborach uzupełniających do Senatu w okręgu rybnickim. Drugie miejsce zajął kandydat popierany przez Solidarną Polskę i Solidarność. PO zajęła dopiero trzecie miejsce. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że doszło do faktycznego przeorientowania preferencji politycznych Polaków?
– W ostatnim czasie mieliśmy do czynienia w różnych częściach kraju z wyborami uzupełniającymi i referendami. Najpierw była Trzcianka i Padew Narodowa. Potem skuteczne odwołanie prezydenta i rady miejskiej w Elblągu. A na końcu wybory uzupełniające do Senatu w okręgu rybnickim. Wszystkie te wydarzenia polityczne łączy jeden element – brak sukcesu Platformy Obywatelskiej. We wspomnianej Trzciance, Padewi Narodowej i w Rybniku zwyciężyli kandydaci kojarzeni bezpośrednio, bądź pośrednio z PiS. W Elblągu zaś odwołano władze związane z PO. Oznacza to, że czar Platformy, tak skuteczny i dający dominację na scenie politycznej pryska. Nasila się niezadowolenie z obecnej ekipy, także w części dotychczasowego elektoratu partii Donalda Tuska. To proces, który obserwowaliśmy już przy wyczerpywaniu się formuły AWS Krzaklewskiego, czy SLD Millera. PO ma coraz silniejszą konkurencję na centrolewicy. Do stanu równowagi próbuje też powrócić pogrążone w niebycie od sześciu lat Prawo i Sprawiedliwość. Do tego coraz bardziej wychodzą na jaw różnice zdań w łonie Platformy. Monolit zaczyna pękać. I to jest dopiero początek tego procesu. Innymi słowy Platforma przestaje być świeżym produktem, po który latami ustawiały się duże kolejki. Przechodzi w fazę zobojętnienia dla jej poczynań i odwracania się sympatii dla jej liderów. Na końcu tej drogi jest zaś odrzucenie. O przewartościowaniu preferencji nie może być jednak na razie mowy, skoro największa partia opozycyjna – Prawo i Sprawiedliwość nie zyskała na kryzysie PO nawet jednego wyborcy. Jak trwale partia Kaczyńskiego wyjdzie na prowadzenie i będzie ją dzielił od PO dystans 3-5 pkt., to dopiero wtedy będziemy mogli mówić, że coś się w polskiej polityce zaczyna zmieniać.
– Oprócz spadku poparcia dla Platformy dochodzi kryzys koalicji na linii PO-PSL. Czy nie to jest najlepszym pretekstem do doprowadzenia do przyspieszonych wyborów? Jeśli PO znowu ma wziąć władzę to chyba jest to dla niej ostatni dzwonek.
– Pierwsza refleksja jaka pojawiła się u mnie po wyborach w Rybniku, to pytanie czy Donald Tusk, świadomy doświadczeń AWS i SLD, ale także PiS z 2007 roku, zdecyduje się na przedterminowe wybory parlamentarne. Racjonalnie rozumując w interesie jego, jako lidera PO i całej partii, jest utrzymanie obecnej pozycji w sondażach. Na większą progresję nie ma już bowiem szans. Ale z każdym miesiącem ta defensywna postawa może okazać się nieskuteczna, a spadek popularności PO może ulec przyspieszeniu. Towarzyszyć temu będą jeszcze większe rozgrywki w partii, bo świadomość, że przyszły klub parlamentarny może się skurczyć o 1/3, jest wystarczającym argumentem do rozkwitu egoizmu i partykularyzmu polityków Platformy na Wiejskiej. W końcu nikt nie jest zainteresowany utratą eldorado, finansowanego przez nas podatników. Jest jeszcze drugi czynnik przemawiający za szybkimi wyborami. Kwestia przyszłej koalicji większościowej w rządzie i parlamencie. Szansa, że będzie to powtórka PO-PSL jest minimalna. Raczej w grę wchodziłoby porozumienie dużej części PO z lewicą SLD lub Europy Plus. No i z tym związane zasadnicze pytanie z jakiej pozycji do negocjacji przystępowałaby Platforma? Przyzna Pan, że jest różnica jeśli klub liczy 160, a nie 130 szabel? Czy premierem będzie na przykład Grzegorz Schetyna czy też dla utworzenia zapory przeciwko PIS na czele rządu stanie Aleksander Kwaśniewski.
– Europoseł Jacek Kurski przekonywał, że skoro w Rybniku Piecha z PiS zajął pierwsze miejsce, a kandydatem numer dwa był człowiek popierany przez Solidarną Polskę, to matematycznie obaj zebrali niewiele mniej niż 50 proc. Wszystkich głosów. Według Kurskiego taką moc miałby sojusz PiS-SP. Czy to nie nadużycie interpretacyjne tych wyborów uzupełniających?
– Poseł Kurski słynie z żonglerski statystycznej, ale z reguły z tego nic nie wynika. Kryzys PO, przy stagnacji PiS powinien liderom tej ostatniej partii dawać wiele do myślenia. W naturalny sposób właśnie teraz, na fali sukcesów lokalnych Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński powinien otworzyć się zarówno na środowiska, które wyszły z jego formacji, jak i na nowych niezadowolonych. Pytanie czy jest w stanie pójść na zwarcie ze swoim zapleczem, czy też przygotowuje się na kolejne cztery lata bycia w opozycji wiedząc, że szansa na pozyskanie jakiegokolwiek ugrupowania do zbudowania większości na Wiejskiej będzie graniczyło z cudem. Wracając jednak do pytania o wynik Bolesława Piechy chcę zwrócić uwagę, że wobec podziały wyborców antyPIS i braku konkurencji na centroprawicy, to co uzyskał zwycięzca w Rybniku jest średnio zadawalające. Zwycięstwo bez nadziei na przełamanie bariery 30 proc., ograniczającej wzrost notowań PIS. Ale także dowód, że niższa frekwencja wcale nie musi służyć partii Kaczyńskiego, bowiem w Rybniku nie było nadzwyczajnej mobilizacji elektoratu tego ugrupowania.
– Ponad 13 proc. głosów w okręgu rybnickim zebrał Paweł Polok z komitetu wyborczego „Autonomia dla Ziemi Górnośląskiej”, kandydat Ruchu Autonomii Śląska. To chyba nie najgorszy wynik. Czy to oznacza, że mentalnie i tożsamościowo tracimy powoli Śląsk?
– Wynik Poloka jest porażką Ruchu Autonomii Śląska. W okręgu rybnickim mamy przecież wysoki odsetek ludności autochtonicznej, która jest naturalną bazą wyborczą RAŚ. Apetyty liderów Ruchu były ogromne. Padały sformułowania o niemal pewnym wzięciu fotela senatorskiego. Tymczasem skończyło się słabą, czwartą pozycją. Polok zebrał sporo głosów jedynie na terenach wiejskich. W miastach było już znacznie gorzej i to jest regres choćby w stosunku do wyniku RAŚ w wyborach do sejmiku wojewódzkiego w 2010 roku. Nie przypadkowo chyba dzień po wyborach w Rybniku lider RAŚ Jerzy Gorzelik zadeklarował opuszczenie koalicji na szczeblu regionalnym. Doszedł pewnie do wniosku, że występowanie „w kontrze” do PO w skali kraju, jak w skali województwa śląskiego może uratować bytność Ruchu w przyszłorocznych wyborach samorządowych.
– Na scenie politycznej w Polsce panuje marazm. Te same partie. Podobne rozdania. Prawicujące ugrupowania z tzw. „odpadów” po PiS nie przebijają się w wyborach. Tym razem po lewej stronie powstaje Europa Plus Palikota i Kwaśniewskiego. Jest miejsce na jakiś nowy podmiot polityczny czy scena jest zbyt zacementowana starymi graczami?
– Badania pokazują, że duża część Polaków nie identyfikuje się z żadnym ugrupowaniem, a jeszcze większa negatywnie ocenia całą klasę polityczną. Istnieje więc spory kawałek tortu do zagospodarowania. Ale nie nastąpi to szybko. Zarówno ordynacja, jak system subwencyjny premiują obecnie działające partie. Jeśli popatrzeć na polską scenę po 1989 roku, to wszystko co rodziło się jako „nowe”, było tak naprawdę w dużej mierze retuszem tego co funkcjonowało wcześniej. I to dotyczy zarówno partii na lewicy, w centrum, jak i na prawicy. Duża część obecnych liderów PO przeszłą długą drogę od Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego, Unii Wolności, czy SKL. A na prawicy? W PIS dostrzec można tych, którzy wcześniej działali aktywnie w Porozumieniu Centrum, ZCHN, AWS, czy ROP. Od lat te same twarze, tylko zmieniające się sztandary. Kiedyś duża część Polaków powie w końcu „dosyć”, bo bilans ćwierćwiecza III, z dwuletnim epizodem IV RP, wypada dla Polski przeciętnie.

wywiad dla tygodnika „Nasza Polska” z 30 kwietnia 2013 r.

Polska „A” musi zacząć uprawiać szczaw

 – Czy mapa Polski przedstawiająca odsetek niedożywionych dzieci w poszczególnych województwach mówi nam coś więcej niż o samym problemie głodu wśród polskich dzieci?

 – Mapa nie uwzględnia bardzo ważnego czynnika jakim jest podział w samych województwach na aglomeracje miejskie i obszary wiejskie. Nie pozwala to na precyzyjnie wnioskowanie. Jednak z ogólnych danych zebranych przez Fundację „Maciuś” ( badania zostały przeprowadzone na dużej próbie 800 szkół i MOPS-ów w całej Polsce) widać, że zachód wypada gorzej od wschodu. Najsłabiej sytuacja przedstawia się w województwie dolnośląskim z ludnym Wrocławiem, pomorskim z Trójmiastem, czy łódzkim z prawie milionową Łodzią. Wschodnia część Polski, Polski „B”, obraźliwie określana często w dyskursie publicznym jako cywilizacyjnie zacofana i nierozwojowa, a społecznie wsteczna i niepostępowa, odznacza się jednak lepszymi wskaźnikami w przypadku żywienia dzieci niż stawiana na piedestale „Polska A”.

– Co można jeszcze wyczytać z mapy głodu wśród dzieci?

– Patrząc na mapę można zauważyć począwszy od wschodniej granicy odwróconą literę „L”. Od województwa podlaskiego przez lubelskie, podkarpackie, małopolskie, śląskie do opolskiego. Wszędzie tam odsetek dzieci głodnych jest najniższy. Tereny te są większym fragmentem polskiego Dominicantes, czyli mieszkańców aktywniej uczestniczących w praktykach religijnych. Po wyłączeniu Górnego Śląska są to także regiony o wyraźnej przewadze wyborców centroprawicowych. Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że tam gdzie Polacy szanują tradycyjne wartości i są religijni lepiej dbają o swoje dzieci. To ciekawe zestawienie i towarzyszące mu wstępne spostrzeżenia chętnie dołączę do już prezentowanych map na zajęciach ze studentami z geografii wyborczej Polski

– Na wykładach pokazuje Pan studentom również mapy wykonane na podstawie wyników badań nad zjawiskami społecznymi takimi jak zdrady czy korzystanie z usług prostytutek. Tu znowu podział na województwa wygląda bardzo podobnie jak w przypadku mapy głodu wśród dzieci.

– Wykorzystuję dostępne mapy z badań TNS OBOB z 2005 roku, zleconych przez prof. Zbigniewa Izdebskiego. Nakreślają one obraz seksualnych zachowań Polaków. I to zarówno tych pozytywnych, wynikających z satysfakcji pożycia małżeńskiego, jak i tych, które dla większości społeczeństwa odbiegają od normy. Czy po nałożeniu wspomnianych map na omawianą tu, związaną z niedożywionymi dziećmi, da się zauważyć pewne korelacje? Uogólniając można powiedzieć, że ta bardziej postępowa, „wyzwolona” Polska, w której myśli się zdecydowanie częściej o wizycie w agencjach towarzyskich, czy o „pikantnych dodatkach” w bliskich relacjach damsko-męskich, ma wyższy odsetek głodnych dzieci. Rzecz znowu dotyczy terenów zachodnich oraz inaczej niż w zestawieniu Fundacji „Maciuś” Mazowsza, windowanego ku „europejskości” przez aglomerację warszawską. Dopowiem także, że dbałość o dożywianie dzieci idzie w parze np. ze zdolnościami uczniów oraz ich poziomem zdawalności na poszczególnych etapach edukacji szkolnej. Pod tym względem także wschód wypada zdecydowanie lepiej od zachodu.

– Ale o tym w mediach się nie mówi?

– Próżno by szukać zestawień o których mówię w wiodącym nurcie polskich mediów. Nie jest to po myśli obyczajowego walca i nie pasuje do wdrażanego modelu „nowe człowieka” realizowanego przez lewicę europejską. Mogę jednak, w oparciu o oficjalną, ale zepchniętą do podziemia statystykę, z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że mieszkańcy z pod Łomży, Lublina, Krosna, czy Nowego Targu mogą z dumą nosić uniesioną głowę. Ich omawiany przez nas problem niedożywionych dzieci dotyczy w znacznie mniejszym stopniu. Nie muszą masowo zająć się uprawą szczawiu. To raczej zadanie dla mieszkańców zachodniej Polski, gdzie dominuje elektorat lewicowo-liberalny.

wywiad dla „Naszej Polski” (marzec 2013)

Sejmokrążcy

Od 1989 roku jesteśmy świadkami gwałtownych zmian na polskiej scenie politycznej, które znajdują swoje odzwierciedlenie w krajobrazie parlamentarnym. W ciągu minionych czternastu lat mieliśmy do czynienia z ponad pięćdziesięcioma zawiązanymi w trakcie trwania kolejnych kadencji konfiguracjami sejmowymi. W latach 1989 – 2001 statystyczna „mobilność” na jedną kadencję wyniosła 26% jej składu osobowego, a w ujęciu liczbowym było to ponad 120 posłów. Czytaj więcej