Przystanek Zbaraż

Po porannych widokach roztaczających się z ruin dawnego zamku w Krzemieńcu trudno jest bardziej dogodzić polskiej duszy. W dole dawny Klasztor Jezuitów – słynne Liceum, kamienica-Bliźniaki, parafia św. Stanisława, Muzeum Juliusza Słowackiego. Czas jednak nagli – kierunek Zbaraż. Choć odległość między Krzemieńcem a Zbarażem to przysłowiowy „rzut beretem” to jej przebycie, jak w przypadku większości arterii komunikacyjnych na Ukrainie, jest sporym wysiłkiem dla samochodu, kierowcy i pasażerów.

Do Zbaraża wjeżdżamy od strony drogi na Tarnopol. Kolejne miasto powiatowe (rejonowe) z architektoniczną mieszankę od cieszącej wzrok, mimo wyraźnych oznak podupadania, zabudowy z czasów dawnych po naćkaną wszędzie gdzie popadnie sowiecką tandetę. Po drodze główny plac z dawnym budynkiem kompartii. A potem kierując się na południe kościół katolicki oo. Bernardynów pw. św. Antoniego i Jerzego. Jest niedzielne przedpołudnie. Od stojących i rozmawiających osób, żywo reagujących na naszą „centralną polszczyznę” dowiadujemy się o godzinę mszy św. Oczywiście tej, na którą przychodzi najwięcej Polaków. Oczekiwanie wykorzystujemy na zwiedzanie zamku, leżącego za mijanym po drodze parkiem. Niestety także on najlepsze ma już za sobą. Sam zamek powstał na początku XVII wieku w typie palazzo di fortezza, co u wejścia mogą od razu zarejestrować nasze oczy. Żeby się do niego dostać trzeba przejść aleją wzdłuż pozostałości po fosie. Pierwsze wrażenie – mała twierdza. Ale po przekroczeniu bramy wjazdowej w tle wyłania się zespół pałacowy. Mamy więc dwa w jednym. Dodać trzeba, że ruiny pierwotnego zamku znajdują się w Starym Zbarażu. Został on uszkodzony po najeździe tatarskim. W historię nowego także wpisane są burzliwe dzieje polskiej historii. Oblegali go Kozacy, na krótko trafił w ręce Turków. Poważne zniszczenie dokonay się w czasie I wojny światowej. Odbudowany wysiłkiem obywateli i patriotów II RP. Godne polecenia są wnętrza w części pałacowej. Ale zwiedzanie nie może odbyć się bez zejścia do podziemnych korytarzy. Lochy ciągną się aż do wspomnianego kościoła oo. Bernardynów, choć taka długa trasa, która byłaby z całą pewnością frajdą dla turystów, nie jest dostępna. Sam zespół jest w bardzo dobrym stanie. A to dlatego, że oficjalnie ta architektoniczna perełka to muzeum. Szkoda, że mecenat państwa ukraińskiego nie rozpoztarł się na większą ilość zabytków naszej wspólnej historii. Twierdza-pałac w Zbarażu jest zatem w wąskim gronie szczęśliwców, gdzie po pół wieku czasów sowieckich nie ma śladu.

Zupełnie inaczej jest z katolickim kościołem św. Antoniego i Jerzego, będącym częścią zespołu klasztornego. Już pierwszy wzrokowy kontakt z barokowym charakterem bryły budynku sakralnego robi wrażenie. Ten pierwotny ucierpiał w czasie wojny polsko-tureckiej. Na jego miejsce stanął ten, którego piękno do dziś możemy podziwiać. Bo z zewnątrz oszczędziła go zawierucha I i II wojny światowej. Za to w środku i klasztor i kościół doświadczyły sowieckiego bezbożnictwa. W tym pierwszym władza Kraju Rad urządziła szpital. Ale to jeszcze pół biedy. Pęd do indutrializacji, będący oczkiem w głowie moskiewskich kacyków sprawił, że nowym przeznaczeniem, bez oglądania się na walory architektoniczne, o sakralnych nie wspominając, stała się fabryka. W kościele ostatnia msza dla licznych w II RP Polaków, odprawiona została pod koniec maja 1946 roku, o czym opowiada nam jedna z naszych rodaczek – Pani Zofia.

Zdecydowana większość Polaków wyjechała w ramach repatriacji. Najwięcej trafiło na Dolny Śląsk i Opolszczyznę. Pierwotnie Sowieci chcieli w kościele urządzić klubo-kawiarnię. Potem zmieniono decyzję i niszczejący powoli budynek zamienił się w magazyn nawozów. Ale dopełnieniem dewastacji było w czasach Chruszczowa rozpoczęcie we wnętrzach produkcji elektroniki na potrzeby Armii Czerwonej. U snująca smutną opowieść Pani Zofii pojawiają się łzy w oczach. Pytamy, gdzie spotykali się na modlitwie Polacy, których zostało w Zbarażu kilkuset. Tym miejscem był przede wszystkim cmentarz, choć w małych grupach, w niemałym strachu przed KGB, nasi rodacy spotykali się w ramach tego, co można by określić mianem „kościoła domowego”. Było bardzo ciężko, jak mówi pani Zofia. Ale tylko wiara pozwoliła przetrwać Polakom ponure czasy sowieckie. Wyraźna odwilż nastąpiła za Gorbaczowa. Do wspomnieć włącza się inna Polka, wymieniwszy wcześniej kilka zdań po ukraińsku z Panią Zofią. Pytamy o język komunikowania się. Obie odpowiadają, że postępująca ukrainizacja w kościele katolickim jest jednym z powodów utrwalania się w rozmowach młodszych i starszych rodaków, w miejsce języka ojczystego mową Tarasa Szewczenki. To także pozostałość po czasach sowieckich, gdzie za odezwanie się po polsko można było narazić się na niemałe konsekwencje.

Wchodzimy do wnętrza kościoła. Nawa główna jest po widocznym remoncie. To co uderza w oczy to biel ścian. W miejscach jeszcze nie odnowionych widać pozostałości dawnych fresek. Magazyn, a nade wszystko fabryka przez pół wieku zrobiły swoje. To procesy nieodwarcalne, ze szkodą dla teraźniejszych i przyszłych pokoleń. Niewiele pozostało z pierwotnego wystroju kościoła (co widać na zdjęciach). W kościele wciąż trwa remont, co widać po ustawionych rusztowaniach. O dawnym blasku tej barokowej perełki nie może być mowy, ale to co zrobiono od 1989 roku, czyli o decyzji o zwrocie budynków klasztorno-kościelnych wspólnocie katolickiej, robi wrażenie. Ogromnym wysiłkiem ojców. Jedno z nich spotykamy przy konfesjonale. Zamieniamy kilka zdań, bo za chwilę będzie msza. Pytamu o parafię, frekwencję na niedzielnych mszach, aktywność młodzieży, dzieci. Postawny ojciec jest optymistą. Mówi, że z roku na rok coraz więcej ludzi się otwiera. Choć wielu wyjechało za chlebem do dużych miast, a młodzi Polacy marzą o wyjeździe nad Wisłę, to na najbardziej polskiej z polskich mszy jest kilkadziesiąt osób w różnym wieku. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc – mówi przemieszczający się ku ołatarzowi ojciec – kościół jest pełny. Bo wielu parafian pochodzi z mieszanych małżeństw. Przychodzą podmodlić się całymi, niezależnie od różnic konfesyjnych, rodzinami. To na co po mszy zwracają uwagę nasi rodacy to obecny na tych terenach ukraiński szowinizm. Mówią o tym, lekko przyciszając głos. Choć do kościoła możemy przychodzić bez przeszkód – mówią – to bycie Polakiem, tak jak za czasów ZSRR, nie jest łatwe. A jeśli naszej garstce przypadło odpowiedzialne zadanie – ochrony polskości, ludzi i zabytków, od zapomnienia. Pozdrówcie od nas Polskę i powiedzcie rodakom, by nas odwiedziali. Nawet taki krótki kontakt jest dla nas wielkim przeżyciem – mówi tuż przed pożegnaniem Pani Zofia. Przeżycia z krótkiej wizyty w Zbarażu pozostaną na zawsze w naszej pamięci, zwłaszcza z reduty polskości – kościoła i jego uparcie trwających przy Polsce – wiernych.

Dodatek „Kresy” w „PN”, styczeń 2015

Moje kresowe doświadczenia

Kilka dni temu przeszła niemal bez echa wypowiedź abp Mieczysława Mokrzyckiego o braku postępu w zwrocie katolickich świątyń, użytkowanych przez grekokatolików. To nie przypadek. Bowiem zarówno w mediach głównego nurtu, jak i w tych określających się mianem patriotycznych o Polakach i polskości na wschód od Bugu, nie mówi się od ćwierć wieku wolnej Polski prawie nic Czytaj więcej

Dobre drogi prowadzą do Lwowa

Chyba jedyną korzyścią ze współorganizacji piłkarskich mistrzostw Europy dla Polaków wjeżdżających na Ukrainę jest gwarancja dojechania do Lwowa z nienaruszonym zawieszeniem samochodu. Jeszcze dwa lata temu pokonanie odcinka od granicy w Hrebennem, czy Korczowej do oddalonego o 70 km Lwowa było dla wielu, szczególnie po raz pierwszy podróżujących po dawnych Kresach, drogą przez mękę Czytaj więcej

Niemcy znów planują wysiedlanie Słowian?

W dobie silnej industrializacji NRD dokonano zniszczenia w całości około osiemdziesięciu wiosek, zamieszkałych głównie przez Serbołużyczan. Za dziesięć lat może zniknąć kilka następnych w okolicach Slepo. Za szereg koncesji, w tym dotyczących używalności języka, czy własnego szkolnictwa, Serbołużyczanom przyszło zapłacić wysoką cenę w byłej NRD Czytaj więcej

Milczenie o Łużycach

Przydrożne krzyże, kościół pełen wiernych na niedzielnej mszy, obok cmentarz z widocznym napisem na jednym z nagrobków „Wećne swetło niech ijm sweći”, powiewająca nieopodal na maszcie flaga w barwach niebiesko-czerwono-białych, przechodnie mówiący w języku bliskim dla polskiego ucha, a na parterze domu przy drodze wylotowej napis „Pjekarnia” Czytaj więcej

Kresy jak magnes

Chyba każdy kto był po raz pierwszy na Kresach wracając urzeczony tym, że we Lwowie, Stanisławowie, czy Kamieńcu Podolskim wciąż da się wyczuć puls polskiego bijącego serca, w głębi duszy mówił sobie „muszę tam być ponownie”. Kresy są jak magnes, który przyciąga. Otwarte, gościnne. Korzystamy z zaproszenia i wyruszamy w kolejną kresową wędrówkę Czytaj więcej

Projekt Informacyjny Łużyce

Pod koniec maja 2008 roku kierowane przeze mnie Radio Opole zrealizowało Projekt Informacyjny Łużyce o zanikającym narodzie Serbołużyczan, który zamieszkuje środek Europy. W dniu 28 maja Radio wysłało do Budziszyna (stolica Górnych Łużyc) a dzień później także do Chociebuża (stolica Dolnych Łużyc) i Berlina wzmocnioną ekipę dziennikarsko-techniczną wyposażoną w środki komunikacji umożliwiające transfer materiału dźwiękowego do kraju (reportaże, wywiady, bieżące informacje) Czytaj więcej