Kresy jak magnes

Chyba każdy kto był po raz pierwszy na Kresach wracając urzeczony tym, że we Lwowie, Stanisławowie, czy Kamieńcu Podolskim wciąż da się wyczuć puls polskiego bijącego serca, w głębi duszy mówił sobie „muszę tam być ponownie”. Kresy są jak magnes, który przyciąga. Otwarte, gościnne. Korzystamy z zaproszenia i wyruszamy w kolejną kresową wędrówkę .

Pierwsza wskazówka, że do Kresów już coraz bliżej pojawia się tuż za Lublinem. Na drodze numer 17 prowadzącej do przejścia granicznego w Hrebennem drogowskaz, a nim ostatnie miasto docelowe – Lwów. Jedziemy jedną z tras poddanych gruntownej przebudowie i modernizacji w drugiej połowie lat 30-tych. Wybuch II wojny światowej stanął na przeszkodzie w dokończeniu projektu, którego efektem miało być połączenie drogowe między Warszawą a Lwowem według – jakby to nazwać współczesną nowomową – standardów europejskich. Pozostałością myślenia tęgich głów przedwojennych inżynierów jest ciąg komunikacyjny od rozjazdu z drogą numer 12 w Piaskch, przez słynące z antykomunistycznego oporu Fajsławice aż po Krasnystaw. Na przejściu granicznym po polskiej stronie dwa pasy. Zielony (szybszy) dla „strefy Schengen” i niebieski dla pozostałych. Po dojechaniu, a właściwie przetoczeniu się do pasa oddzielającego Polskę od Ukrainy, różnica w oczekiwaniu na wjazd między mieszkańcami „bogatszej i biedniejszej” części Europy nieco się wyrównuje. W kolejce wśród stojących w niej Polaków pojawia się temat szybkości odprawy w kontekście przyszłorocznej inwazji kibiców udających się na mecze mistrzostw Europy w piłce nożnej we Lwowie, Charkowie, Kijowie i Doniecku. Karta graniczna z obowiązkowymi dwiema pieczątkami kontroli paszportowej i celnej. Jeszcze tylko jeden szlaban i wjeżdżamy.

DAWNA GRANICA POLSKO – SOWIECKA NA ZBRUCZU W SKALE PODOLSKIEJ

  

Pomimo dosyć wysokiego zawieszenia naszego auta już po kilkudziesięciu metrach czujemy, że nasze koła samochodowe chyba nie zaprzyjaźnią się z ukraińskimi drogami. Dla pocieszenia pierwsza napotkana stacja benzynowa. Najpierw płacimy, kasjer zdejmuje blokadę z dystrybutora i lejemy. Inaczej niż w Polsce nie mamy dylematu czy decydując się na opcję „do pełna” nie zrujnujemy naszego miesięcznego budżetu. Litr bezołowiowej kosztuje w przeliczeniu na złotówki 3,50. Można też wlać tańszą 90, 80 a nawet 75 oktanową benzynę. Wracamy na drogową M09. Po trzydziestu pięciu kilometrach docieramy do Żółkwi, przedwojennej siedziby powiatu w województwie lwowskim. Szybki rzut oka na kolegiatę św. Wawrzyńca, która do 1939 roku była skarbnicą wielkich dzieł malarstwa batalistycznego: Bitwy pod Chocimiem, Kłuszynem, Wiedniem i Parkanami. Potem neobarokowy Ratusz, kamienice z podcieniami, Zamek i kościół Dominikanów. Poza tym ostatnim wszystkie zabytki w przyzwoitym stanie. Podbudowani kontynuujemy podróż do Lwowa. Stan drogi mocno się poprawia. Jest szersza, ma w miarę równą nawierzchnię. Co chwilę mijamy pozostawiony po pracy sprzęt: walce, koparki, betoniarki. Od razu nasuwa się pytanie czy zdążą „dociągnąć” do granicy przed „Euro 2012”, a co za tym idzie czy w nieodległej przyszłości polskie wypady do Lwowa będą milsze dla dolnych części naszych pojazdów.

Posowieckie przedmieścia Lwowa. Blokowiska, ale bez kolorowych tynków, z nieuporządkowaną zielenią i drobnym handlem na każdym kroku, co z tak zakodowanymi obrazami cofa nas o dwadzieścia lat wstecz. Podróż na wschód sposobem na odmłodzenie? Kierujemy się do centrum. W miejsce osiągnięć budownictwa Kraju Rad pojawiają się coraz częściej domy i kamienice pamiętające okres Autrio-Węgier, a potem Polski. Mijamy Operę, zakręt w lewo i współczesną Aleją Wolności docieramy do pomnika Adama Mickiewicza oraz słynnego hotelu  George. Czas rozstać się z samochodem. Wschodzimy na Stare Miasto. Pierwsze odczucie – jak w Krakowie. W większości odnowione kamienice, rozwinięte usługi: sklepiki, bary, restauracje, kwiaciarnie, latarnie, ławeczki. Jeszcze kwadrans temu wydawało się, że byliśmy w Związku Radzieckim końcówki Gorbaczowa i ten nagły przeskok do Europy. Mijamy katedrę łacińską. Stąd już dosłownie dwa kroki do Rynku. Oświetlony Ratusz robi wrażenie. Mnóstwo ludzi, młodych par, grupki artystów. Obchodzimy Rynek. Obowiązkowa wizyta przy Czarnej Kamienicy. Potem do kościoła Dominikanów, teraz we władaniu grekokatolików. Cofamy się w stronę Opery, mijając katedrę ormiańską. Czas na posiłek, odpoczynek i ustalenie planów na kolejne dni. W uliczce blisko Rynku znajdujemy odpowiednie ku temu miejsce. Jemy i pijemy do syta. Tu mimo doskonałego położenia ceny nie są tak zwariowane jak w unijno-brukselskiej oazie szczęśliwości. Podobnie jak ceny noclegów. Do Lwowa wrócimy na dłużej następnym razem.

Rano obieramy kierunek na wschód, drogą H02 na Tarnopol. Za Kurowicami odbijamy na Przemyślany, żeby skrócić sobie drogę do Brzeżan. Tysiące dziur mijanych slalomem prowadzą nas do przedwojennego miasta powiatowego w województwie tarnopolskim. Pozostałością z tamtego okresu jest wiele kamienic w opłakanym stanie oraz bruk. Kontynuujemy kierunek na południe. Zamiast drogi przez Rohatyń, decydujemy się jechać przez Bołotnię i Narajów. Po raz pierwszy, ale nie ostatni w czasie tegorocznej kresowej eskapady, przychodzi nam poruszać się z prędkością nie przekraczającą 10-15 km/h. Po krótkim kawałku asfaltu czeka nas droga przez mękę. A właściwie brak drogi, pomimo jej istnienia na mapie. To trasa, która z powodzeniem mogłaby służyć kierowcom trenującym przed rajdem Paryż-Dakar. Pociesza nas tylko fakt, że nie jesteśmy jej jedynymi użytkownikami, a co za tym idzie nie zgubiliśmy się gdzieś między polami. Po kilku kilometrach do trudnych warunków przyzwyczaja się nasz samochód, a my razem z nim. Zaczynają się wzniesienia. Teren jest bardziej pofałdowany. Coraz częściej pola ustępują miejsca zalesionym pagórkom. Wjeżdżamy do Brzeżan. Na lewo więzienie, budynek przeniesiony żywcem z czasów Franciszka Józefa. Przed bramą główną sporo osób i aut. Czas odwiedzin. Jedziemy dalej. Patrząc na mijane kamienice dochodzimy do wniosku, że czas zatrzymał się tutaj kilkadziesiąt lat temu. Lepiej jest w Rynku z centralnie umiejscowionym Ratuszem. Potem kościół i klasztor bernardynów, cmentarz z wieloma stojącymi jeszcze nagrobkami polskich urzędników oraz ślady obecności rodziny Edwarda Rydza-Śmigłego. Na dłuższy czas zatrzymujemy się, by obejrzeć ruiny zamku Sieniawskich z XVI wieku wraz z kościołem zamkowym. To co w dużej mierze zabrała z ich świetności wojenna zawierucha i dewastacje w XIX wieku dopełniła władza radziecka. W wielu miejscach mury jednak trwają. W „najlepszym” stanie jest kościół-kaplica. Na piętrze pozostałość mebli i przedmiotów codziennego użytku, którymi „nie zaopiekowali” się komunistyczni notable po 1945 roku. Przy wyjeździe zabieramy mężczyznę, którego zapytaliśmy o drogę. Z zawodu pszczelarz, któremu udało się właśnie sprzedać miód na targu. Rozumie dosyć dobrze po polsku, choć odpowiada po ukraińsku. Opowiada o swoim ojcu, który uczył się przed wojną w polskiej szkole. Rozmawiamy o codziennych sprawach. Wysiadając, honorowo pyta ile ma nam zapłacić za podwiezienie. Po moim stanowczym „nic”, odpowiada po polsku „dziękuję”.

BUCZACZ (WOJ. TARNOPOLSKIE)

   

Ruszamy dalej do Buczacza. Oznaczenie dróg niezmiennie bardzo słabe. Wsparciem jest reprint przedwojennej mapy samochodowej Polski. Mijamy Podhajce. Rzut oka na Ratusz, kościół św. Trójcy, miejsce urodzenia między innymi wybitnego polskiego aktora Tadeusza Łomnickiego. Dalej na Monasterzyska, skąd już niedaleko do Buczacza. Z dawnej twierdzy w zmaganiach polsko-tureckich nie zostało już prawie nic. W centrum kamienice, z typową dla tej części Galicji zabudową i ornamentyką. Wiele odnowionych, w przyzwoitym stanie. Docieramy w końcu do głównego miejsca buczackiej odnogi eskapady. To XVII wieczny Ratusz, uchodzący za jeden z najpiękniejszych w okresie międzywojennym. Zatrzymujemy się by wzrokiem ogarnąć 35 metrową wieżę. Zegar wybija pełną godzinę. Trwa remont Ratusza. Góra jest już odnowiona. Od połowy w dół rusztowania. Piękny widok buczackiego Rynku psuje tylko budynek administracji terenowej, zapewne jeszcze dwadzieścia lat temu także siedziba miejscowych kacyków. W górę droga do kościoła i zespołu klasztornego. Jest sobota, śluby. Kilka zdjęć odrestaurowanych budynków sakralnych i jedziemy dalej na wschód.   Następny przystanek to Czortów. Wjazd do miasta, przedwojennej siedziby władz powiatowych, przygnębiający. Z dotychczasowego szlaku Czortów sprawia wrażenie najbardziej zsowietyzowanego. Podupadła ogromna fabryka, rozsypujące się bloki. Docieramy do ścisłego centrum. Kamienice, deptak i od razu przyciągający uwagę dawny kościół dominikanów, pw. św. Stanisława. Obecnie ponownie użytkowany przez katolików o czym informuje nas tablica w języku ukraińskim i polskim. By dotrzeć do ruin czortowskiego zamku zasięgamy opinii taksówkarza. Jadąc zgodnie ze wskazówkami, mijamy most, potem cerkiew. Na koniec wjazd na wzniesienie, gdzie zachowały się fragmenty muru. W środku chyba ktoś mieszka, bo „po dziedzińcu” spacerują kury i koguty. Ze skarpy roztacza się widok na Czortków i okolice. Miasto, w którym w styczniu 1940 roku miał miejsce pierwszy na terenach okupowanych przez ZSRR po 17 września, lokalny zryw przeciwko sowieckiej okupacji, a do wybuchu wojny mieściło się dowództwo Korpusu Ochrony Pogranicza „Podole”. Po trzydziestu kilometrach docieramy do jednego z dawnych punktów granicznych na Zbruczu, gdzie kończyła się II RP. To Skała Podolska. Stajemy tuż za mostem. Obowiązkowa sesja zdjęciowa. Dawna Polska od strony dawnych Sowietów. Chwila zadumy i ogarnięcia wielkości terytorialnej odrodzonej po zaborach Ojczyzny. Dzień wcześniej byliśmy na Ziemi Bytowskiej, gdzie mijaliśmy koło Nakli, na drodze Bytów – Kościerzyna, dawną granicę polsko-niemiecką. W ciągu doby przemieściliśmy się ze skrajnego północnego-wschodu Polski Piłsudzkiego, Dmowskiego, Niedziałkowskiego i Witosa aż po Jej część południowo-wschodnią.

Do pokonania zostało nam około sześćdziesięciu kilometrów. Cel – Kamieniec Podolski. Po drodze mijamy wioski. Domy, okiennice, obejścia – wszystko wygląda chyba nieco inaczej. Po „polskiej” stronie Zbrucza kwitnie przydrożny handel. Tu częściej spotkać można kumoszki gawędzące na ławeczkach przed domem. Łatwiej też komunikować się z miejscowymi po rosyjsku. Tu Moskal nie jest takim wrogiem jak we Lwowie, czy Tarnopolu. Wjeżdżamy do Kamieńca. Najpierw docieramy do hotelu, w nowej – „radzieckiej” części miasta. Sygnalizacja świetlna tylko na głównej arterii komunikacyjnej. Bloki, domy wołające o generalny remont. Robi się ciemno. Nie pozostaje nic innego, jak zobaczyć właściwy Kamieniec Podolski w blasku księżyca. Najpierw most, pięknie wijący się jar na rzece Smotrycz. Doskonałe warunki do umiejscowienia warowni i fortyfikacji, w pełni wykorzystane w okresie I Rzeczypospolitej. Po chwili jesteśmy na Rynku Polskim z Ratuszem, kamienicami. Do obejrzenia Brama Miejska, Brama Polska, Baszta Batorego i Most Turecki. Następny dzień zaczynamy od mszy św. w języku polskim w kościele św. Mikołaja. Zgromadziło się około 80 osób. Dominują osoby starsze i w młodym wieku. Śpiewy i modlitwa z charakterystycznym wschodnim akcentem. Pomimo walki z polskością na terenach na wschód od Zbrucza, w pierwszym okresie władzy sowieckiej do 1939 roku wciąż co piąty mieszkaniec miasta deklarował związki z Polską. Teraz jest w Kamieńcu i okolicach już tylko kilka tysięcy Polaków. W położonych na północ i wschód rejonach Chmielnicki, Starokonstantynów, Szepetówka czy Winnicy mieszka obecnie około 100 tysięcy naszych rodaków. Może następnym razem zawitamy na dłużej na wschodnie rubieże I Rzeczypospolitej. Na koniec wizyty w Kamieńcu obowiązkowy punkt – Stary Zamek. Dziedziniec, baszty, lochy, przejścia, mury, dawne budynki gospodarcze. Dla chętnych strzelanie z łuku lub kuszy. Wracając na Rynek, gdzie zaparkowaliśmy samochód, stajemy za mostem, ogarniamy wzrokiem wielką fortecę i decydujemy się na pożegnalne zdjęcia z zamkiem w tle.

CZERNIOWCE – ZWANE WIEDNIEM WSCHODU

   

   

Czas nagli – ruszamy. Po kilkuminutowej jeździe mijamy dawną granicę sowiecko-rumuńską na rzece Prut. To znak, że wjechaliśmy do „Czerniowieckiej Obłasti’. Po lewej stronie Chocim. Pięknie usytuowana twierdza, kojarząca się chyba najbardziej ze zwycięską bitwą polskiego oręża w 1621 roku w starciu z armią turecką. Dalsza droga bardziej kręta, teren znowu bardziej pagórkowaty. Kierujemy się ciągiem komunikacyjnym H03 do stolicy regionu. Wzdłuż drogi, niemal na każdym kroku, podobnie jak w dawnej „polskiej” części Ukrainy, kwitnie drobny handel. Chwila zastanowienia. No tak – tu i tam władza sowiecka była krótsza. Mentalnie ludzie mniej zniszczeni. Z małą przerwą w latach 1940-1941 północna Bukowina była do 1944 roku częścią państwa rumuńskiego. Wcześniej wchodziła w skład monarchii austrio-węgierskiej. Wjeżdżamy do centrum Czerniowiec. Piękne, zadbane kamienice – miasto o którym mówiono – nie na darmo – „Wiedeń wschodu”. Mijamy kościół katolicki, niebiesko-biały Ratusz, otoczony zielenią teatr. Dalej w górę dojeżdżamy do budynków uniwersytetu, mieszczącego się w dawnym pałacu metropolity Bukowiny. W latach 30-tych ubiegłego wieku niemal co dziesiąty mieszkaniec miasta był Polakiem. Współczesna Polonia, choć skromniejsza liczebnie, działa bardzo prężnie. Przedzieramy się przez sowieckie blokowiska by dostać się na drogę prowadzącą do Storożyńca. To drugie co do wielkości miasto regionu. Przed II wojną także licznie zamieszkiwane przez Polaków. Duża część z nich przesiedliła się po 1945 roku na Dolny Śląsk, między innymi do Lubania. Ci co zostali mają swój kościół i polskiego księdza. Po sąsiedzku cerkiew i zespół parkowy. Krótka jazda po uliczkach, rzut oka na niską zabudowę. Kontynuujemy podróż. Po naszej lewej stronie spore wzniesienia. W oddali góry – już po rumuńskiej stronie Bukowiny.

Docieramy do Wyżnicy. Przejazd przez most. Wracamy na tereny II Rzeczypospolitej. Dawna graniczna miejscowość Kuty w najbardziej oddalonym na południowy-wschód powiecie Kosów. Po kilku dniach intensywnego zwiedzania – czas na odpoczynek. Udajemy się do Wierchowiny, miejscowości otoczonej ze wszystkich stron górami. Na południe od nas ciągnie się pasmo Czarnohory. Jedziemy górską drogą, której dolne fragmenty zostały wypłukane. Wracamy do prędkości z okolic Brzeżan – nie więcej niż 15 km/h. Fatalny stan nawierzchni rekompensują nam widoki. Piękne, dzikie góry i wiejskie chaty, przypominające te z Bieszczad, czy okolic Krynicy Górskiej. Zatrzymujemy się u Hucułów w ukraińskiej agroturystyce. Obok hodowli zwierząt, właśnie wynajem pokoi z wyżywieniem, jest dla wielu miejscowych, szczególnie w sezonie zimowym, jednym z głównych źródeł utrzymania. Standard oferowanych usług nie odbiega od poziomu w Polsce, a cenowo jest bardzo atrakcyjny. Smakujemy potrawy kuchni huculskiej, szybko nawiązujemy kontakt z gospodarzami. Wieczorem przed snem, spacer wzdłuż rzeki. W nocy robi się zimno i zaczyna padać, nie przestaje gdy kończymy śniadanie na tarasie. Plan awaryjny – jazda do leżącej sześćdziesiąt kilometrów na północny-wschód Jaremczy. Spacer po przedwojennym polskim kurorcie. W drodze powrotnej mocno się wypogadza. Znowu możemy podziwiać góry i ustępować pierwszeństwa – niczym na „zebrze” – przemieszczającym się z pobocza na pobocze krowom, zaopatrzonym w hałaśliwe dzwonki. W porze popołudniowej, po posiłku, decydujemy się na wspinaczkę. Niezbyt wysoko, bo strome pagórki już po kilkudziesięciu metrach prowadzą do zadyszki. Na każdym kroku wypas krów, owiec i kóz. Piękne widoki. Schodzimy, bo zanosi się na kolejny deszcz. W oddali, nad wyższymi partiami Czarnohory rozpościera się olbrzymia tęcza. Pora na odpoczynek i przygotowanie do ostatniego etapu podróży. Wracamy do okrojonej Jałtą i Poczdamem Polski. Żegnamy Kresy – na rok.

„Myśl.pl”, październik-grudzień 2011

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *