Moje kresowe doświadczenia

Kilka dni temu przeszła niemal bez echa wypowiedź abp Mieczysława Mokrzyckiego o braku postępu w zwrocie katolickich świątyń, użytkowanych przez grekokatolików. To nie przypadek. Bowiem zarówno w mediach głównego nurtu, jak i w tych określających się mianem patriotycznych o Polakach i polskości na wschód od Bugu, nie mówi się od ćwierć wieku wolnej Polski prawie nic .

W trzech krajach naszej części Europy – w Polsce, Rumunii i na Węgrzech – doszło w pierwszej połowie XX wieku do znaczących zmian terytorialnych. Ich konsekwencją do dziś są liczne diaspory. Począwszy od Węgrów w Wojwodinie, południowej Słowacji, Siedmiogrodzie i Banacie, przez Rumunów w Mołdawii i północnej Bukowinie, po trzy – a może nawet cztery miliony Polaków i osób polskiego pochodzenia od Dźwiny po Kijowszczyznę. Trzy kraje, ale dwa różne spojrzenia na sprawy rodaków „za miedzą”. I to nie tylko w okresie po 1989 roku. Pamiętamy przecież jak komuniści z Budapesztu toczyli, kamuflowane dla utrzymania jedności bloku sowieckiego, zacięte spory o rumuńskich Węgrów. Dyktator z Bukaresztu drażnił zaś w latach 80-tych XX wieku kremlowskich władców swoimi „rewizjonistycznymi” wypowiedziami o rumuńskich terytoriach utraconych. Dbałość o Polaków z terenów I i II Rzeczypospolitej nie przyszła do głowy ekipie Jaruzelskiego – co akurat nie powinno nas dziwić. Ale co gorsza żywe duchowo i materialnie kresy nie znalazły zainteresowania gardłującym parapatriotycznym bełkotem liderom obozu solidarnościowo-niepodległościowego. Bo być może już wtedy amerykańscy sponsorzy „bezkrwawej rewolucji” wymagali, by każdy krok w kwestiach od Odry po Ural, konsultować z ambasadą w Alejach Ujazdowskich. Wszak świat z dwubiegunowego miał przejść pod jednokierunkowe władanie anglosaskich krzewicieli wolności, demokracji i wolnego rynku. Przy „okrągłym stole” do proamerykańskich solidaruchów dołączyli, starannie wyselekcjonowani, euroatlantyccy stypendyści z liberalnej części układu komunistycznego. Stąd zgodność wszystkich rządów III RP, że jakikolwiek ruch związany z tym, co na wschód od Bugu, musiał i musi uzyskiwać aprobatę Waszyngtonu i rosnącego w siłę z każdym rokiem – Berlina.

Po dwudziestu pięciu latach nowej Polski wielu z nas coraz mocniej uświadamia sobie, że na ołtarzu globalnych interesów zachodnich potęg, interesów nie zawsze zbieżnych z tym co korzystne dla nas, sprzedani zostali przez warszawskie elity od lewa do prawa, nasi rodacy na wschodzie. Tak jak w PRL, tak i w III RP Warszawa nie troszczy się w najmniejszym stopniu o Polaków z dzisiejszej Litwy, Białorusi, czy Ukrainy. Kolejne rządy i głowy państwa od Wałęsa, przez Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, po Komorowskiego. Nasi rodacy ze wschodu są zdani sami na siebie. Muszą bronić się przed zaplanowanym i realizowanym administracyjnie uszczuplaniem polskości. Od Mińska, przez Wilno po Kijów. Jak głosi mainstreamowa propaganda najgorsze spustoszenie podobno spowodował antypolski walec na Białorusi. Nie wiem jak jest do końca. Wiem tylko, że „najbardziej niedobry z niedobrych prezydent Łukaszenka”, z pieniędzy budżetowych odrestaurował między innymi szlak mickiewiczowski. A skoro tak – to czym przebiła go w pomocy dla wileńskich Polaków w ostatnich latach „nasza przyjaciółka” prezydent Litwy? W uregulowaniu kwestii polskich nazwisk, nazw ulic, czy reprywatyzacji? Co zrobił dla Polaków na Ukrainie od majdanowego przewrotu „nasz” prezydent Petro Poroszenko? Sypnął choćby skromnym groszem na miejsca krzemienickiej aktywności Juliusza Słowackiego? Utrzymał korzystną dla naszych rodaków na Ukrainie ustawę językową? Nic podobnego.

waW tej sytuacji można by zapytać, w ramach „miękkich retorsji,” dlaczego „za darmo” mielibyśmy chronić litewskie niebo? Przekazywać coraz większe kwoty z niedopinającego się budżetu na życie kulturalne i oświatowe Litwinów i Ukraińców w Polsce? Dlaczego bez żadnych warunków mamy dopłacać kolejne miliardy do rafineryjnego trupa w Możejkach? Dlaczego mamy pomagać „za nic” nowym władzom w Kijowie? Czy wbrew interesom Waszyngtonu i Berlina, nie należałoby zagrać „rosyjskim straszakiem” i wymusić na władzach Litwy i Ukrainy ochronę praw mieszkających tam Polaków? Skutecznie zadziałać, by dostali to, co im się należy. Do tego trzeba jednak myśleć i działać po polsku. By polska polityka powróciła na narodowe tory potrzebna jest niemal całkowita zmiana elit. Bo między tym, co robiła minister Anna Fotyga, robi Radosław Sikorski i miałby robić Krzysztof Szczerski na „odcinku wschodnim” nie było i nie będzie większej różnicy. Przesadzam i nie doceniam patriotyzmu tych, którzy aspirują do przejęcia władzy w Polsce? Na potwierdzenie odwołam się do przykładu z mojej aktywności zawodowej. W okresie kiedy kierowałem Radiem Opole, świadom dużego odsetka mieszkanców województwa opolskiego z korzeniami kresowymi, wprowadziłem dla nich ofertę programową. Dzięki nawiązaniu współpracy z „Kurierem Galicyjskim”, polskim dwutygodnikiem ukazującym się na dawnych kresach południowo-wschodnich, na Opolszczyznę docierały cyklicznie informacje o wciąż tętniącej na tych terenach polskości. Z myślą o Polakach na kresach, podpisaliśmy umowę z państwowym Radiem Iwano-Frankiwsk (Stanisławów), dzięki której na falach tej rozgłośni emitowane były, pierwszy raz od 1939 roku, audycje w języku polskim, przygotowywane przez opolskich dziennikarzy. Parafowaliśmy też listy intencyjne w zakresie wymiany audycji z Radiem Tarnopol i katolicką rozgłośnią we Lwowie. O dziwo największe zastrzeżenia do mojej kresowej aktywności miał ówczesny szef Rady Nadzorczej Radia Opole, wywodzący się z Prawa i Sprawiedliwości. Poskarżył się mediom, w tym lokalnemu dodatkowi do „Gazety Wyborczej” (!), że nie podoba mu się „finansowanie z pieniędzy spółki wyjazdów na Ukrainę”.

„WG”, wrzesień 2014 

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *