Najzdolniejszy kwiatostan trzeciej władzy

Polityków i publicystów, którzy alarmowali od lat, że system wyborczy jest w rękach kilku zniedołężniałych i niemających żadnego kontaktu z rzeczywistością ludzi, można było policzyć co najwyżej na palcach obu rąk. Tymczasem wydarzenia wokół niedawno zakończonych wyborów samorządowych przyniosły największy od lat kryzys polityczny , w pełni potwierdzając wyrażoną w „aferze taśmowej” diagnozę byłego ministra spraw wewnętrznych Barłomieja Sienkiewicz, że „polskie państwo istnieje tylko teoretycznie”. I pomyśleć, że jeszcze niespełna pół roku temu elity z Prezydentem Komorowskim na czele, hucznie obchodziły 25-lecie III RP. Imprez, odczytów i towarzyszących im ceremonii odznaczeń medalami dla zasłużonych w dziele umacniania demokracji i praworządności nie było końca. W mediach głównego nurtu, wykreowane przez nie odgórnie autorytety, wychodziły z siebie serwując nam opowieści o tym, jak to wbrew awanturnikom i podrzegaczom Polska jest krainą mlekiem i miodem płynącą. Mówiono nam, że prawie wszystko po 1989 roku się udało. Zabawa trwala w najlepsze. Mniej więcej w tym samym czasie w Państwowej Komisji Wyborczej, instytucji odpowiedzialnej za organizację i przebieg głosowań obywateli, trwały gorączkowe zabiegi służące wyłonieniu firmy, która przygotuje i wdroży system informatyczny na zbliżającą się elekcję samorządową. Miało być na szybko i koniecznie tanio, bo gros kosztów PKW generują niewyobrażalnie wysokie do skali włożonego wysiłku, pensje kierownictwa i pracowników tej instytucji. Pod koniec października, a więc na dwa tygodnie przed wyborami, przeprowadzony został test systemu. Jego wynik okazał się, podobnie jak ponawianych prób, negatywny. Przedsięwzięcie pod nazwą wybory samorządowe, co nakazywała logika, musiało więc zakończyć się katastrofą, wbrew zapewnieniom kierownictwa PKW. Dziewiątki mających łącznie tysiąc lat pomazańców korporacji sędziowskiej, którzy co prawda widzieli na oczy kalkulator, ale posiedli wyłącznie znajomość posługiwania się liczydłem. Najwybitniejszych z wybitnych, najdorodniejszy kwiatostan trzeciej władzy w nowoczesnej, scyfryzowanej i goniącej w zawrotnym tempie światowe potęgi – Polsce. Gdy w wyborach 2011 roku okazało się, że w kilku obwodach na kartach do głosowania nie ma komitetu Polska Jest Najważniejsza, opinia publiczna przeszła nad tym do porządku dziennego. Trochę więcej szumu było wokół odsetka nieważnych głosów na Mazowszu w wyborach samorządowych rok wcześniej. Jeden i drugi, acz niejedyny, przypadek deformacji woli wyborców miał swoją kontynuację w głosowaniu z 16 listopada. Już podczas niedzieli wyborczej z mediów społecznościowych mogliśmy się dowiedzieć, że w wielu miejscach w Polsce brakuje na kartach kandydatów SLD, czy PiS. Potem był słynny exit-poll firmy Ipsos, pierwsze awarie systemu informatycznego, szczątkowane dane podawane przez zadowolonych z siebie „leśnych dziadków” z nielicznych protokołów, które udało się przesłać z obwodów, do komisji terytorialnych i centrali. No i towarzyszące całemu zamieszaniu, a docierające z coraz większą intensywnością, informacje o rozlanej na całą Polskę epidemii głosów nieważnych. A na koniec znaczące korekty wyniku do sejmików wojewódzkich. Wszystko to spowodowało, że marzenia o szybkim dołączeniu kraju nad Wisłą do G20 prysnęły niczym bańka mydlana. Tak oto za sprawą tragifarsy wokół „tabernaculum demokracji”, znaleźliśmy się w gronie krajów, dla których nasz ponoć ugruntowany – jak zapewniano nas na niedawnych czerwcowych akademiach 25-lecia – system miał być wzorem do naśladowania dla innych. A okazał się tym, co przywołany już minister Sienkiewicz określił dosadnie jako „ch.., dupa i kamieni kupa”. Mleko się rozlało. Zaufanie Polaków do państwa spadło na łeb na szyję, mimo wysiłków aspirującej do sprawowania rządu dusz nad nami, tzw. elity. Ich argumentacja o ułomności systemu, będącej raczej niezamierzonym działaniem, a efektem polskiego bałaganu, to wyłącznie zaklinanie rzeczywistości. Zawaliło się wszystko. Od mającego mocne korzenie w PRL, archaicznego systemu organizacji korpusu wyborczego, stwarzającego olbrzymie pole do nadużyć i naciągania wyników w myśl zasady „kogo władza, tego wynik”, przez dramatycznie słabą obsadę personalną organów nadzorujących. Aż po nazbyt częste polityczne majstrowanie przy kodeksie wyborczym, przy jakże potrzebnej w tej materii bezstronności, stabilności i transparentności. W piersi powinni bić się wszyscy, którzy rządzili Polską po 1989 roku. Ich beztroska i nieodpowiedzialność doprowadziły nie tylko do zachwiania wiary przez Polaków w elementarną uczciwość wyborów, ale ośmieszyły nas na arenie międzynarodowej. Potrzebna jest więc nie korekta, a zmiana systemu. Na omówienie szczegółów przyjdzie jeszcze czas. Najważniejszą rzeczą powinno być – moim zdaniem – odejście od zasady, że nadzór nad głosowaniami w Polsce pozostaje w rękach instutucji i ludzi wymiaru sprawiedliwości. Tego segmentu, którego funkcjonowanie nie cieszy się, najłagodniej rzecz ujmując, powszechną estymą społeczeństwa. A to przecież nie kto inny jak szefowie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego wskazywali przez lata na ciepłe posadki w PKW swoich kolegów, których „kompetencje” mogła poznać dogłębnie cała Polska. Do tego dochodzi kwestia uregulowania działalności aparatu wyborczego w konstytucji, wprowadzenia kadencyjności i rotacyjnego – najlepiej jednosobowego – kierownictwa. To są warunki brzegowe. Mam świadomość, że postulowane przez wiele środowisk, a idące w dobrym kierunku zmiany, nie będą miały miejsca z dnia na dzień. Tym bardziej ważne jest, by w okresie przejściowym, a zwłaszcza w sytuacji nadchodzących wielkimi krokami, a kluczowych na kilka najbliższych lat, wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, ci wszyscy, którym nie jest obojętny los Polski, zechcięli podjąć olbrzym trud. Jego efektem byłoby zbudowanie ruchu obywatelskiego, który stałby na straży prawidłowości procedur wyborczych. Trzeba powiedzieć sobie otwarcie, że pomimo szumnych zapowiedzi, w sytuacji nazbyt widocznych sygnałów, że nie wszystko jest jak być powinno (vide wspomniane wyżej wybory do sejmików na Mazowszu w 2010 roku), nie sprawdziła się od strony organizacyjnej główna partia opozycyjna – PiS. Nie powstał żaden alternatywny korpus wyborczy. A jeśli już – to wyłącznie jego atrapa. Nie wiem czy zabrakło środków, koncepcji, czy determinacji? Na pewno dyskusja o tym czy ostatnie wybory były sfałszowane, zafalszowane, czy uczciwe byłaby łatwiejsza, gdyby opozycja dysponowała swoimi danymi i mogła je konfrontować z tymi podanymi oficjalnie. Może więc zamiast wiecować centroprawica powinna się w końcu zorganizować? To pierwsze jest z całą pewnością na rękę politycznej konkurencji. Drugie musi budzić jej niepokój. Trzeba więc w tym krytycznym momencie zadać pytanie czy niektórym insurekcyjnym „patriotom” nie chodzi o to, by tylko zachować „swoje 30 proc.” i pokrzykując na ulicy i z ław permanentnej, sejmowej opozycji o końcu demokracji w Polsce, doczekać w ciepełku do wieku emerytalnego?

„WG”. listopad 2014

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *