Nasi za górami

Wjeżdżając od Piwnicznej na Słowację mijamy po drodze Mniszek, Lubowlę, Gniazda i Podoliniec. Do dziś spotkać tam można Stanisławów, czy Władysławów. Co wyróżnia w nazewnictwie imion męskich północny i środkowy Spisz od innych regionów Słowacji. To nie przypadek. Pomimo woli wielu mieszkanców tego regionu przyłączenia się do odrodzonej po I wojnie światowej Polski, tereny te znalazły się ostatecznie w Czechosłowacji. Nad Wisłą istnieje, choć ograniczona, świadomość posiadania kresów południowych na Zaolziu. O etnicznych związkach z Polską ludności w pasie od ziemi czadeckiej, przez Górną Orawę i wspomnianą pokaźną część Spisza, nie wie prawie nikt. A osadnictwo polskie na tych terenach datuje się już od XIII wieku, choć główna fala przypadła na wiek XVI i XVII. To jedna z odnóg Góralszczyzny, która nie zadowoliła się wyłącznie uprawą ziemi i hodowlą owiec w południowej Małopolsce, ale rozłała się przez góry na obszary dzisiejszych Czech, Ukrainy, Słowacji, a nawet Rumunii i byłej Jugosławii. Jeśli sięgnąć po współczesne nam dane ze spisu powszechnego Urzędu Statystycznego w Bratysławie, to mieszkańców Orawy, czy Spisza deklarujących polskie pochodzenie można policzyć niemal na palcach jednej ręki. Oznacza to więc sytuację w której w ciągu jednego wieku całkowicie miałaby zaniknąć świadomość odrębności narodowej naszych rodaków w północnej części Słowacji. Ale materia jest o wiele bardziej skomplikowama, co podkreślają w opracowaniach nieliczni, nie tylko polscy, znawcy przedmiotu. Wystarczy wziąć choćby pod uwagę bardzo ważny czynnik subiektywny jakim jest język. Nawet dziś, na początku XXI wieku, można przekonać się na własne uszy, że na wsiach w okolicach Starej Lubowli na Spiszu, Namiestowa na Orawie, czy Skalite na ziemi czadeckiej mówi się językiem jeszcze bardziej zrozumiałym dla polskiego ucha, niż i tak pozwalający na dosyć swobodną komunikację – słowacki. Przy czym na Spiszu i Orawie gwary naszych górali wywodzą się z pnia dialektów małopolskich, a na ziemi czadeckiej wykazują podobieństwo do językowego pogranicza małopolsko-śląskiego.

Z pielęgnowaniem polskości na codzień i od święta nie było problemu do przełomu XVIII i XIX wieku. Po pierwsze dlatego, że część z omawianych terenów wchodziła w skład państwa polskiego przez nawet czterysta lat. Po drugie opiekę nad, stanowiącą przytłaczającą większość w struturze społecznej, miejscową ludnością chłopską sprawowali polscy duchowni. I po trzecie wreszcie w polskich rękach pozostawała oświata. Być może sytuacja uległa by zmianie na naszą niekorzyść już wcześniej, gdyby na polskim Spiszu i Orawie zwyciężyła, niezwykle silna w tej części Europy, reformacja. A co za tym idzie wzrosły by wpływy węgierskich i niemieckich panów – protestantów. A tak przetrwał, jakże znany nam z przeszłości i teraźniejszości wyróżnik polskości – katolicyzm. Tolerancyjne przez stulecia wobec Polaków – autochtonów władze węgierskie przystąpiły – słowackimi rękami – do uderzenia w polskie elity. Polskich księży i nauczycieli zaczęli zastępować ich słowaccy odpowiednicy. Administracyjnie włączono naszych rodaków do narodu słowackiego, co nie okazało się trudne w sytuacji chodzących od domu do domu, w trakcie kolejnych spisów powszechnych, słowackich rejentów. Na negatywne skutki postępującej depolonizacji Polaków po drugiej stronie Tatr zwrócili uwagę pod koniec XIX wieku społecznicy z Galicji. To w dużej mierze dzięki ich działalności i zaangażowaniu udało się częściowo otworzyć zasoby lokalnych polskich liderów opinii. A to wystarczyło by na wzór, powstających w wielu miejscach odradzającej się po zaborach Rzeczypospolitej, w Jabłonce na Orawie i w Lubowli na Spiszu powstały Polskie Rady Narodowe. Ich najważniejszym postulatem było przyłączenie zamieszkałych przez nich etnicznie polskich ziem do Macierzy. O przebiegu granicy między Polską a Słowacją miał zdecydować plebiscyt. Ale podobnie jak w przypadku Śląska Cieszyńskiego spotkała nas niezwykle krzywdząca i oderwana od uwarunkowań etnicznych ziemi czadeckiej, Spisza i Orawy decyzja Rady Ambasadorów z 1920 roku. Do Polski przyłączono tylko kilkadziesiąt wsi z nieco ponad dwudziestoma tysiącami Polaków. Podczas gdy po stronie słowackiej miało pozostać aż sześciokrotnie więcej naszych rodaków.

Badaniem polskości tatrzańskich kresów południowych zajmowano się w okresie międzywojennym. Najdokładniej nad materią zagłębił się, w dostępnym do dziś, opracowaniu polski konsul w Ostrawie Karol Ripa w 1933 roku. Nosi ono tytuł „Możliwości pracy uświadamiającej na Słowaczyźnie”. Ripa już na wstępie stwierdza, że „lud polski nie posiada uświadomienia narodowego”. Ale pomimo pozostawania w rozłące z Polską zachował to co najważniejsze – język. Dodając jednocześnie, że „polski charakter górali czadecko-orawsko-spiskich nie ulega w sferach naukowych najmniejszej wątpliwości”, powołując się na opinie Czecha Sembera, czy Słowaków Misika i Cambela. Zdiagnozowana przez tego ostatniego granica żywiołu polskiego pokrywała się z rodzimymi analizami. Słowaccy statystycy pozostali jednak nie ugięci i wedle spisu z 1931 roku tę część państwa czechosłowackiego zamieszkiwało sześć tysięcy Polaków. Ripa w trakcie licznych wyjazdów studyjnych, w samej tylko części ziemi czadeckiej (nr 1 na mapie) ludność polską szacował na nie mniej niż osiem tysięcy (20 proc. ogółu). Zamieszkiwała ona głównie Skalite, Czarne, Czacę (stolica powiatu) i Rakową. Większy liczebnie polski obszar obejmował Górną Orawę (nr 2 na mapie), z miejscowościami w powiecie namiestowskim i trzciańskim. Wraz z tzw. Klinem Zakamiennym miało zamieszkiwać tu od 15 do 20 tysięcy naszych – językowo mazurzących i tym odrózniających się od słowackiego otoczenia – Polaków. Najwięcej, bo 25-30 tysięcy „naszych” przypadało na część północną i środkową nieprzyznanego nam po Wersalu Spisza (nr 3 na mapie). I tak w powiecie starowiejskim polski żywioł liczył sześć i pół tysiąca z nieco ponad siedmiu tysięcy mieszkańców (91 proc.). W powiecie lubowelskim Polacy stanowili połowę ludności, a w kieżmarskim jedną trzecią. Dawało to w sumie około pięćdziesiąt tysięcy Polaków w pasie od Cadcy, przez Orawę po Spisz. Nie licząc obszarów, gdzie nasi rodacy żyli w rozproszeniu. Najwybitniejszy, współczesny znawca problematyki Polaków na Słowacji Marek Skawiński dowodzi, że w zwartych skupiskach w latach 30-tych XX wieku było co najmniej siedemdziesiąt pięć tysięcy naszych rodaków.

Badania terenowe z przed kilku laty, uwzględniające materiały źródłowe z zakresu demografii i geografii ludności posłużyły wspomnianemu już Markowi Skawińskiemu do oszacowania etnicznie polskiej ludności w północnej Słowacji. I tak jego zdaniem na ziemi czadeckiej mieszka około trzydziestu tysięcy osób z rodzimymi korzeniami. To potomkowie zasiedlających te tereny kolonizatorów ze Śląska Cieszyńskiego i górali żywieckich. Językowo są oni w dużej mierze zesłowaczeni. Najlepiej sytuacja przedstawia się z graniczącym z Polską Skalitem. Mocnym argumentem przemawiającym za polskością znacznej części ludności powiatu czadeckiego jest fakt, że część górali wyemigrowała w XIX wieku na południową Bukowinę. Ich potomkowie żyją tam do dziś, w pełni świadomi swoich polskich korzeni. Wystarczy przejechać się do Nowego Sołońca, Pleszy i Pojany Mikuli w okręgu Suczawa. Na ulicy czy w domu mówią poprawną polszczyzną, a nie po słowacku. Właśnie do czadeckich górali na Bukowinie przydałby się wyjazd studyjny tym słowackim statystykom i demografom, którzy utrzymują do dziś nieistnienie polskiego żywiołu w północnej części ich kraju. Dalej idąc od ziemi czadeckiej na wschód ku Górnej Orawie  polskie korzenie powinno mieć około trzydziestu dwóch tysięcy jej mieszkańców. To z kolei potomkowie zasiedleń z ziemi żywieckiej, suskiej, makowskiej i jordanowskiej. W tym  przylegającym do granicy z Polską pasie najlepiej, z omawianych trzech skupisk, prezentuje się kwestia językowa. Innymi słowy asymilacja następuje tu najwolniej. Największym obszarem pozostaje Spisz z ponad czterdziestoma tysiącami rodaków, głównie o korzeniach z sądecczyzny i Podhala. Najlepiej językowo trzymać się mają mieszkańcy Zamagórza Spiskiego (okolice Spiskiej Nowej Wsi). Od ćwierćwiecza rządzący nad Wisłą, od europejskiej lewicy po patriotyczną prawicę, okazują kompletne desinteresment losem Polaków z krajów z nami sąsiadującymi. Może warto zastanowić się nad reaktywacją, działającego w okresie międzywojennym, Towarzystwa Obrony Kresów Południowych? Nieuświadomionym narodowo Polakom na Słowacji, w liczbie co najmniej stu tysięcy, takie obywatelskie wsparcie na arcytrudnej drodze do odbudowania więzi z Ojczyzną, bardzo by sie przydało.

„WG”, styczeń 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *