Odczepcie się od Orbana

Czołgany przez finansjerę, Berlin i Brukselę Victor Orban potraktowany został skandalicznie podczas niedawnej wizyty w naszym kraju. Zrobiły to zjednoczone siły z pozoru uśmierconej politycznie od ponad dekady Unii Wolności, dziś korzystające z jej wątpliwego dorobku, a świetnie zadomowione w PO i PiS. W 2010 roku Victor Orban, po zwycięskich wyborach i odsunięciu od władzy przekręciarzy od Gyurcsany’ego, w swoją pierwszą wizytę już jako premier udał się do Warszawy . Dał w ten sposób do zrozumienia jak bardzo bliskie jest mu to wszystko co znakomicie ujmuje powiedzenie „Węgier Polak dwa bratanki”. Ale nie zamykając się wyłącznie w przeszłości położył na stół propozycję zacieśnienia współdziałania na osi Warszawa-Budapeszt, w czworokącie Wyszehradzkim, a jeszcze szerzej w formule Międzymorza. Nie krył opinii, że dla wypełnienia próżni wśród zatomizowanych państw położonych między Niemcami a Rosją, wiodąca rola z racji potencjału terytorialnego i ludnościowego musi przypaść Polsce. Warszawa potraktowała Orbana i jego ofertę z góry, bo przecież nasz kraj nie mógł degradować się do rozgrywek trampkarzy, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia z szatni w geopolitycznej ligowej ekstraklasie. Jak zapewniali nas politycy i salonowi publicyści – graliśmy z pierwszymi skrzypcami Europy – Berlinem i Paryżem w ramach Trójkąta Weimarskiego. Po swojej stronie mieliśmy testujący przyjaźń z nami na piachach Iraku i w górach Afganistanu, Waszyngton. W swoich zapędach bycia kandydatami na rozgrywających, umiejętnie podpuszczani przez mocarstwowe tuzy, kompletnie zaniedbaliśmy nasz region. Staliśmy się pionkiem w grze o wschód, swoistym przeciąganiu liny w obszarze postsowieckim. W czasie, gdy prężyliśmy muskuły na jakże odległym Zakaukaziu, w drodze po bliski koncepcyjnie jagielloński Ułan Bator, nasi partnerzy z Berlina, czy Paryża szli pod rękę z Rosją. Handlowali na potęgę, śmiejąc się po cichu z durnoty rodzimych kosmopolitów gotowych, niczym hazardzista w kasynie, obstawić wszystko albo nic. Bynajmniej nie dla wymiernych korzyści. A tylko po to by świat o nas mówił jak to pięknie bijemy się od trzech stuleci „za naszą i waszą wolność”.

Victor Orban ponowił swoją ofertę rok temu, choć coraz większe oddalenie się Warszawy od Budapesztu, Pragi i Bratysławy, głównie za sprawą majdanowego wariactwa naszych postsolidarnościowych „elit”, dawało coraz mniejsze szanse na instytucjonalne odtworzenie wspólnoty celów w Europie środkowej. Ten sam Orban, który zaznał wielokrotnie w ciągu minionych pięciu lat upokorzenia ze strony finansjery, Berlina, czy Brukseli, buduje wbrew rozległym interesom wymienionych, suwerenne państwo. Dziś wszystkie mądrale nad Wisłą, te od lewa do prawa, zadają głupawe pytanie jak to się stało, że otworzył się na Rosję. Odpowiedź jest prosta. Zrobił to dlatego, że zachód uznał go za unijnego wroga numer jeden, niepożądanego lidera, którego z zajmowanego stanowiska, wbrew demokratycznej legitymacji, należałoby usunąć. A sąsiedzi, w tym Polska, za kłopotliwego kompana, którego słuchanie, a co gorsza naśladowanie, nie jest mile widziane na brukselskich salonach. Czy w tym świetle, a ponadto dołożywszy sponiewieranie i skopanie przez międzynarodowe korporacje, drenujące jego kraj przez długie lata, które w swej bezkarności korzystają z cichego przyzwolenia wielkich tego świata, Orban miał wywiesić białą flagę i podpalić się żywcem? Nie, wybrał drogę realisty-wojownika. Mając za sobą większość swoich rodaków, robił i robi to co jest w interesie jego kraju. Gdy parlament w Kijowie, tuż po dokonanym roku temu przewrocie, przyjął ustawę językową dyskryminującą liczne mniejszości zamieszkałe Ukrainę, upomniał się o prawa dla swoich rodaków na Zakarpaciu. W tym samym czasie Donald Tusk i Jarosław Kaczyński latali do stolicy Ukrainy, ale mijając Lwów, Tarnopol, czy Żytomierz skoncentrowani byli zapewne wyłącznie na konsumpcji zestawu posiłkowego naszego narodowego przewoźnika.

Na dniach miała miejsce trzecia w ostatnim czasie wizyta premiera Węgier w Polsce. W sytuacji rozkładu relacji w środkowej Europie, Orban przyjechał ratować pozostającą w stanie śmierci klinicznej Grupę Wyszehradzką. Dając do zrozumienia, że pierwszy ruch na potrząśnięcie i przebudzenie, należy do Warszawy. A madziarskie ocieplenie stosunków gospodarczych z Kremlem nie oznacza porzucenia euroatlantyckich fundamentów, na których stoją od dwóch dekad Węgry. Innymi słowy Premier Węgier apelował „ratujmy co się da”. W zamian otrzymał przyjęcie niegodne przywódcy suwerennego, demokratycznego kraju, tak bliskiego sercu milionów z nas. Do gry weszli specjaliści od „czochrania i besztania”, czy to w walce wręcz, czy poprzez ucieczkę z ringu. Na ich nieszczęście wielu Polaków posiada zdolność do umiejętnego filtrowania wydmuszek z przekazem o „polskiej racji stanu”, od których zaroiło się w dniach wizyty Orbana w Warszawie. Co ważne w wydaniu szerokiej koalicji medialnej od „Gazety Wyborczej” i TVN, po … tak, tak „Gazetę Polską” i tygodnik „W sieci”. Z koronnym argumentem, że Orban przeszedł na ciemną stronę mocy podając rękę i układając się z Putinem. Warto więc tym wszystkim zatroskanym euroatlantusom zadać pytanie z kim, a co gorsza w czyim imieniu układali się, jedli i pili z prezydentem Rosji w Mińsku, Angela Merkel, Fransois Hollande i sam Petro Poroszenko? Czy tylko wymieniona trójka może ściskać prawicę i konwersować z  Putinem? A jeśli tak, to czy istnieje w tej sprawie jakiś regulujący tę kwestię i zatwierdzony w ramach unijno-natowskiego consensusu  dokument? Jeśli macie, to pokażcie. Nie macie? To odczepcie się od Orbana.

„WG”, luty 2015
0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *