Sposób na antypolonizm władz Litwy

Straciliśmy grube miliardy złotych na chybionej i wyłącznie politycznej inwestycji w Możejki. Będziemy to spłacać jeszcze długie lata w cenach paliw płynnych na stacjach Orlenu. Odwlekaliśmy latami twarde upominanie się o prawa Polaków na Wileńszczyźnie. Taka była i jest polityka władz polskich, tych od lewicy do prawicy względem Wilna.

Gdy piszę ten artykuł na Litwie rozpoczyna się strajk szkół mniejszości narodowych, w tym głównie szkół polskich. To największa potyczka między naszymi rodakami a administracją litewską, traktującą wszystkich nie-Litwinów, a przede wszystkim Słowian, jak obywateli drugiej kategorii. Jak widać sporo zostało w mentalności Litwinów z okresu ich jawnej kolaboracji z Niemcami. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że duża część Litwinów wyssała nienawiść do Słowian, w tym do Polaków, z mlekiem matki. To przełożyło się na dyskryminacyjne ustawodawstwo litewskie względem mniejszości. Oryginalna pisownia nazwisk, podwójne nazewnictwo miejscowości i ulic. Wreszcie to co najważniejsze. Systematyczne spychanie przez litewskich szowinistów polskiego szkolnictwa ku zagładzie. Można jeszcze przeboleć fakt, że w paszporcie, czy dowodzie nazwiska litewskich Polaków brzmią obco, ubrane w czeski ozdobniki, wprowadzone na złość Polakom przez Litwinów do ich języka. Można zdzierżyć, że na solecznikowskiej ulicy na której są pojedynczy, bądź nawet nie ma ani jednego Litwina tylko sami Polacy widnieje tabliczka z napisem „Adomas Mickevicius”. Ale czy można bezczynnie stać w sytuacji, w której jawnie pluje się polskim dzieciom z Wileńszczyzny w twarz, a rodzicom którzy stoją na straży ich godności i praw edukacyjnych wyzywa się od „agentów Kremla”?

A przeciąganie liny zaczęło się od przyjętej w 2011 roku ustawy oświatowej. Uderzającej w szkolnictwo mniejszościowe. Tryb konsultacyjny władz litewskich urągał wszelkim normom w tym zakresie. Dość wspomnieć, że Wilno kompletnie zignorowało głos sześćdziesięciu tysięcy, a to sporo biorąc pod uwagę prawie trzystu tysięczną populację naszych rodaków na Litwie, Polaków. Zmieliło, tak jak kilka lat temu Platforma Obywatelska podpisy za JOW-ami. Ustawa ujednoliciła egzamin z litewskiego we wszystkich typach szkół. Doprowadziło to w konsekwencji do sytuacji w której uczniowie szkół z polskim o rosyjskim językiem nauczania mają spore zaległości przed czekających ich egzaminem. Innymi słowy kosztem innych przedmiotów muszą nadrobić 800 lekcji litewskiego w kilka lat. Bez programów nauczania i podręczników. Wszystko pod płaszczykiem podniesienia rzekomo nie najwyższego poziomu edukacji w polskich szkołach. Przez cztery lata Polacy zachowywali się wstrzemięźliwie. Ograniczali się do apeli, czy pikiet. O dziwo w mediacje włączył się nawet były Premier Donald Tusk, dla którego zaplecza politycznego wykładnią polityki względem Polaków na Kresach pozostaje antypolskie „dziedzictwo” Geremka i jego uczniów. Tych w PO, ale – co trzeba sobie powiedzieć szczerze – także na centroprawicy. Pokojowe metody rodaków z Wileńszczyzny na nic się zdały. Litwini szli w zaparte. I w końcu doigrali się. Polacy z Wileńszczyzny powiedzieli dosyć.

W środę 2 września zamiast do szkoły polskie dzieci poszły pomodlić się o zmianę dyskryminującej ustawy przed obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Władze nie pozostały bierne. Obrały kurs na zastraszanie, grożenie wysokimi grzywnami finansowymi. A nasi rodacy na Litwie są zdeterminowani i dobrze zorganizowani. Nie mogą liczyć na pomoc z Polski. Milczy MSZ pod wodzą Grzegorza Schetyny, milczy rząd i sama Premier Ewa Kopacz. Ale nie słychać też wsparcia dla rodaków z Wileńszczyzny ze strony Kancelarii Prezydenta, czy polityków aspirującej po władzę centroprawicy. Łatwiej bliskiemu współpracownikowi Jarosława Kaczyńskiego, a byłemu europosłowi Samoobrony Ryszardowi Czarneckiemu wykrzykiwać w Kijowie „Sława Uhrainie” niż zainteresować, choćby poprzez petycję, brukselskie salony antypolskim jadem administracji litewskiej.  Czy wyobrażacie sobie Państwo sytuację w której strajk wszystkich szkół z niemieckim językiem nauczania na Opolszczyźnie przechodzi bez echa w elitach rządzących czy mediach w Berlinie? Oczywiście, że nie. Bo Berlin, w odróżnieniu od Warszawy, prowadzi politykę interesu narodowego pod płaszczykiem Unii Europejskiej. My zaś prowadzimy politykę europejską, by nie rzec internacjonalistyczną, w której upomnienie się o podstawowe prawa Polaków po za granicami kraju traktowane jest jak faux pas i narażanie się na pogorszenie relacji z sąsiadami. A w dodatku „nasze” media, szczególnie te regionalne, zdominowane przez kapitał niemiecki, milczą. Co zrozumiałe. Zdawkowo odnoszą się zaś te chętnie określane przez same siebie mianem patriotycznych i niepokornych. Co zrozumiałe już nie jest.

Niestety nie jestem optymistą i uważam, że ewentualna zmiana władzy późną jesienią niewiele w tej materii zmieni. Gdybyśmy mieli polityków-patriotów z krwi i kości, z przyrodzeniem, a nie jego atrapą, to moglibyśmy zagrać na miarę potencjału i możliwości Polski. W polityce kiedy nie ma już miejsca na argumenty i dialog, kolejnym etapem jest argument siły. A mamy olbrzymi atut w ręku. Rafinerię Możejki, w której bezpowrotnie utopiliśmy grubo ponad 10 miliardów złotych. Litwini zamierzają dalej kroczyć wytyczoną od dwudziestu pięciu lat, a więc od momentu powstania niepodległej republiki, drogą administracyjnego antypolonizmu? Proszę bardzo. W takim razie warto rozważyć sprzedaż Możejek Rosjanom.

1 odpowiadać

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *