Szok i niedowierzanie

W ciągu pięciu dni po zakończeniu pierwszej tury głosowania Andrzej Duda zdołał wypracować sobie dosyć bezpieczną przewagę nad Bronisławem Komorowskim. Górę wzięły jednak: zbytnia pewność siebie granicząca z pychą. Do ofensywy przeszedł obóz urzędującego Prezydenta. Dlatego wynik dogrywki pozostaje sprawą otwartą.

Szok i niedowierzanie w obozie PO po ogłoszeniu wyników z 10 maja był tak wielki, że sparaliżował myślenie i działanie sztabowców Bronisława Komorowskiego. Rezygnacja i niedowierzanie w ostateczny sukces widoczna była jak na dłoni w tonie medialnych wypowiedzi wielu polityków Platformy. Prezydent brnął w otwartość, z każdym wypowiadanym zdaniem poszerzając i tak już bogate hejterowskie archiwum w mediach społecznościowych. W tym czasie Andrzej Duda pojechał do województw – śląskiego i kujawsko-pomorskiego, gdzie wynik w pierwszej turze był wyrównany, a znaczenie tego pierwszego, z racji potencjału ludnościowego, jest kluczowe przed 24 maja. Tyle tylko, że obie wizyty powinny być znacznie krótsze i uwzględniać fakt, że już od czwartku kandydat PiS powinien przygotowywać się do niedzielnej debaty telewizyjnej. Robił to zaś Bronisław Komorowski, otoczony wianuszkiem spin doctorów i terapeutów. Co sprawiło, że sztabowcy Dudy odpuścili sobie debatę? Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić na prawicy – zbytnia pewność siebie, granicząca z pychą. Bo przecież przewaga kandydata PiS nad PO sięgała 6-8 pkt. proc., więc można było już dzielić skórę na niedźwiedziu, rozdzielać funkcje w kancelarii, przygotowywać się do podróży wygodnymi limuzynami z belwederskiej stajni. Tymczasem grzeczny, układny i nie zawsze potrafiący nawiązać równorzędną walkę z wytresowanym i ponadnormatywnie nakręconym Prezydentem. Niedzielną debatę w TVP i Polsacie można było zremisować, co w dużej mierze gwarantowało dowiezienie prowadzenia w rankingu do końca. Tak się jednak nie stało. Obóz władzy poczuł wiatr i przeszedł do ofensywy. Choć w internetowych sondach Polacy nieco częściej wskazywali na Dudę, jako zwycięzcę debaty, to główny nurt medialny zagrał, to czego można się było spodziewać. Wskazał Komorowskiego, jako beneficjenta niedzielnego starcia i odtrąbił kampanijny zwrot. To wystarczyło, by wahająca się część wyborców częściowo dołączyła do już popierających Prezydenta. I tak oto w poniedziałek i wtorek zrobił nam się sondażowy remis. Zamiast szybkiego otrzeźwienia w obozie Andrzeja Dudy mieliśmy bezproduktywny wyjazd w zachodniopomorskie, czyli jeden z najmniej sprzyjających prawicy regionów, gdzie koszt pozyskania głosów jest bardzo wysoki. Gdzie powinien pojechać kandydat PiS? Do środkowo-wschodniej części ludnej Wielkopolski, zachodniej części woj. łódzkiego, Dolnego Śląska i wreszcie na styk mazowiecko-warmińsko-mazurski. Wszystkie te regiony można było „obskoczyć” w dwa dni. A całą środę przepracować intensywnie przygotowując się do trudnej, czwartkowej debaty w nieprzyjaznym TVN-ie. W chwili zamykania numeru żaden z dwóch kandydatów nie wypracował przewagi pozwalającej myśleć spokojnie o niedzielnym werdykcie suwerena. Obóz prezydencki, wsparty przez większość mediów, salonowych autorytetów i grający na krótką pamięć społeczeństwa, postawił sobie za cel zmobilizowanie nieobecnych w pierwszej turze. Tych, którzy przez lata głosowali na PO przeciwko PiS oraz wyborców lewicowych, odrzucających ofertę Ogórek i Palikota  a 10 maja postanowili zostać w domach. Mamy festiwal obietnic, od ustrojowego przewrotu (JOW-y) po złagodzenie ustawy emerytalnej (40-letni staż pracy). Wypada żałować, że kampania między pierwszą a drugą turą trwa tylko dwa tygodnie. Przy wydłużeniu o kolejne dwa mielibyśmy nad Wisłą drugą Irlandię. Z kolei otoczenie Dudy postawiło sobie za cel przejęcie dużego kawałka elektoratu Pawła Kukiza oraz kandydatów usytuowanych na prawo od PiS. Kukiz wszedł do gry w końcówce i to jego jedno, czy dwa zdania, wypowiedziane w przedwyborczy piątek, mogą rozstrzygnąć kto będzie przez najbliższe pięć lat głównym lokatorem w Belwederze. Szanse na skuteczność ekspansji w wymienionych kierunkach obu pretendentów są wyrównane. W 1995 roku w wyborach prezydenckich do samego końca obaj kandydaci szli łeb w łeb. Tuż po zakończeniu drugiej tury głosowania Polacy dowiedzieli się, że sukces odniósł walczący o reelekcję Lech Wałęsa. Po północy szala przechyliła się na korzyść Aleksandra Kwaśniewskiego. Czy tym zwycięskim, w Święto Zesłania Ducha Św., będzie Andrzej Duda?

„WG”, maj 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *