Uśmierciliśmy Grupę Wyszehradzką

„Węgry mają prawo do suwerennej polityki, ale jest to gra wielkiego ryzyka” – powiedział w środowej audycji radiowej minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna. Tymi słowami szef naszej dyplomacji potwierdził różne spojrzenie rządów w Warszawie i Budapeszcie na kwestię statusu naszych krajów w relacjach międzynarodowych . Kraj naszych bratanków podejmuje od lat kroki służące zrzucenia, tego co prof. Kieżun niezwykle trafnie ujął w sformułowaniu „neokolonializm”. Pomimo pomruków niezadowolenia w Waszyngtonie, czy Berlinie, Węgry zakotwiczone we wspólnocie euroatlantyckiej, odbudowują z mozołem swoją suwerenność ekonomiczną i polityczną. Starają się mówić własnym głosem, w tym o sprawach dotyczących naszej części kontynentu. Wcześniej przez długie lata Węgrzy robili to wspólnie z Polską, Czechami i Słowacją w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Ale ten twór na naszych oczach zdaje się odchodzić w przeszłość. Polska traci w ten sposób ważny instrument kształtowania swojej polityki regionalnej. Co gorsza pojawiają się w ostatnim czasie nowe inicjatywy za naszą południową granicą, które sprawiają, że nowe otwarcie na zbliżenie państw Europy środkowo-wschodniej, odbywa się bez nas. Mowa tu o powstaniu w końcu stycznia, co przeszło bez echa w rodzimych mediach, trójkąta nazwanego od miejsca spotkania jego inicjatorów – „sławkowskim”. Oto trzy kraje Austria, Czechy i Słowacja sygnowały porozumienie, które stawia sobie ambitny cel bycia „platformą współpracy w zakresie infrastruktury i transportu, bezpieczeństwa energetycznego, relacji transgranicznych, zatrudnienia młodzieży, społecznego wymiaru integracji europejskiej oraz kontaktów z krajami sąsiadującymi z UE”. Pomysł wysunęła strona czeska, podchwycony przez Słowaków i Austriaków. Bratysława, podobnie jak Praga, dały w ten sposób do zrozumienia, że porozumienie wyszehradzkie nie jest na miarę ich oczekiwań i nie rokuje wyjścia z kryzysu, w którym się znalazło. Dla Austrii zaś „trójkąt sławkowski” to szansa na mocniejsze wejście do głównego nurtu współpracy w pasie między Rosją a Niemcami.

Warszawa, zapatrzona w Kijów jak w obrazek i koncentrująca się niemal wyłącznie na realizacji giedroyciowej utopii, straciła właśnie oparcie w pasie naddunajskim. Nie dość, że poróżniliśmy się z Węgrami, nie tylko w sprawach Ukrainy, ale także relacji Europa-Rosja, to jeszcze oddaliliśmy się od krajów, będących pomostem na Bałkany. Ale co najważniejsze z krajami, z którymi można było podjąć dalszą próbę budowania środkowoeuropejskiego przekazu, nie zawsze zbieżnego z interesem, aspirującego do roli hegemona w ramach „General Plan Ost”, Berlina. Nowy trójkąt bez Polski to kolejna z serii porażek polskiego MSZ. Od niemal stanu wojny z Rosją zaczynając, przez wrogość z Białorusią i wyraźną niechęć do fraternizacji ze strony Ukrainy, aż po utracenie, w dużej mierze na nasze życzenie, nici łączących nas z krajami południa, mającymi z nami wspólnotę celów. A wszystko po to, by być poklepanym po plecach przez niemieckich i amerykańskich, jak to się określa – sojuszników. Nie jest tajemnicą, że zarówno Czechy, jak i Słowacja od dawna sugerowały nam swoje rozbieżności w stosunku do naszej antyrosyjskiej obsesji. Deklaracji i działań, które zamiast efektywnie obudowywać bezpieczeństwo Polski w sytuacji coraz bardziej widocznego marszu Moskwy na zachód spowodowały, że w kluczowym dla nas spotkaniu w Mińsku nie przydzielono nam nawet funkcji pomocnika szatniarza. Europa środkowo-wschodnia przestała mówić jednym głosem. Przy czym wszystkie kraje, po za nami, prezentowały i prezentują do dziś w sprawach wschodnich zbliżoną linię, co powinno nam wszystkim dawać do myślenia. Czy Warszawa idzie we właściwym kierunku? Czy wszyscy oprócz nas się mylą, źle diagnozują sytuację? Czy my mamy monopol na rację?

Najbliższe tygodnie i miesiące pokażą co na arenie znaczyć będzie „trójkąt sławkowski”. Inicjatywa dla nas, ale bez nas. Przez ćwierć wieku III RP wmawiano nam, że myśl i ludzie „szkoły  Geremka” są gwarancją stabilności Polski, naszego bezpieczeństwa i rozwoju. Przez lata, wsłuchując się w propagandowy przekaz mainstreamu, mieliśmy szczycić się statusem lidera państw Europy środkowo-wschodniej. I oto po resecie resetu globalnej układanki USA-reszta świata, której efektem jest to, co dzieje się między innymi na wschodzie Ukrainy, okazało się, że te wszystkie mini-mocarstwowe zachwyty nad Wisłą, po latach wdrażania polityki wschodniej, zachodniej, północnej i południowej, są jak pomachiwanie szabelką przez Becka i kompanów wiosną i jesienią 1939 roku. Sojusze są, a jak by ich nie było. Mamy u naszych granic albo wrogów, albo państwa nie traktujące nas poważnie. A przyjaciół? Nie było i nie ma, tak jak „zielonej wyspy”. Trzeba rzeczy nazwać po imieniu. Od Pragi, przez Bratysławę, Kijów, Berlin, Moskwę po Waszyngton jesteśmy traktowani jako kraj niepoważnych, rozemocjonowanych i nie rozumiejących tego, co wokół nas elit. Ludzi władzy i opozycji, szczególnie tych o solidarnościowym rodowodzie, zagubionych i zakompleksionych. Co spawiło, że pomimo ust pełnych frazesów o ich patriotyźmie zaakceptowali status Polski, jako neokolonii. Dzień zaczynają od przeglądania skrzynki mailowej z instrukcjami z zachodu. I tym różniących się od Węgier Orbana, czy państw grupy „sławkowskiej”, których politycy chociaż od czasu do czasu udowadniają, że myślą samodzielnie. Zmierzch Wyszehradu powinien być dla nas dzwonkiem alarmowym. Pobudzać do jeszcze większej refleksji nad tym co mówią znawcy „polityki światowej” z pod rodzimej strzechy. Szczególnie ci, którzy są nam – wydawać by się mogło – politycznie bliscy.

„WG”, luty 2015

0 wpisy

Odpowiedz

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Prosimy o wpisanie ich poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *